poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział czwarty.

Żeby tylko szybko wyjść. Żeby tylko szybko!  Nie mogą mnie zauważyć, szybko, szybko. Kurde.. Mają mnie. Odwróciłam się w kierunku opiekunów z nie chęcią bo bałam się co mi powiedzą.
- Kiedy Wróciłaś? - Spokojnym tonem zaczął Jack.
- Było koło trzeciej coś. - Chciałam już wyjść!  Szybko wyjść.
- Martwiliśmy się o Ciebie!  Zdajesz sobie sprawę z tego, że przez Ciebie mieliśmy zamęt w głowie?!  Mogłaś się zabić czy coś! Do tego musimy powiedzieć całą prawdę, której nie znasz! Teraz idź do szkoły. Idź! - Zdenerwował się bardzo. Jaka prawda.. Mam dość prawd. Jedną muszę ukrywać. Otwarłam drzwi i trzasnęłam nimi na znak, że też jestem wkurzona. Był ponury dzień. Tym razem szłam wolno i smutno. Krople deszczu rozmazywały mi tusz do rzęs. Przykryłam głowę kapturem, schowałam ręce w rękawy i szłam dalej. Dzisiaj nie będzie miło. Dzisiaj jestem w okropnym nastroju. Potem musze wrócić na miejsce gdzie spotkałam demony. Tylko nie pamiętam gdzie ono było. Może Jonathan będzie wiedział? Gdy doszłam do mojej męczarni usłyszałam dzownek. Na prawdę wolno szłam. Skierowałam się do sali chemicznej. Usiadłam i zdjęłam mokry kaptur. Bez sympatii do nauczyciela patrzyłam na tablicę. Rozmawialiśmy o związkach chemicznych i robiliśmy doświadczenia. Potem był wuef. Następnie francuski, potem biologia i matematyka. Kilka przedmiotów i szkoła poszła w nie pamięć. Zdesperowana szukałam Jonathana ale nie umiałam Go znaleźć. Stanęłam więc przed drzwiami do szkoły i czekałam. Nie myliłam się. On znalazł mnie. Od razu poprawił mi się humor.
- Szukałaś mnie?
- Tak. Jesteś mi potrzebny. - Posłałam mu uśmiech a on Odwzajemnił.
- Do czego? - Zdziwił się.
- Pamiętasz jak mnie obroniłeś?
- Trudno zapomnieć, tak a co? - Zaśmiał się.
- Muszę tam wrócić. Możesz mi powiedzieć gdzie to jest?
- Po co? Nie powiem. Zaprowadzę. Chodź. - Ruszył a ja za nim - to po co?
- Bo upuściłam tam cukier. - Zabrzmiało to idiotycznie a On patrzył tak na mnie. Jak na idiotkę.
- Mówisz serio?  Możesz kupić jeszcze jeden. Akurat jesteśmy obok sklepu. - Wskazał na niego książka.
- Ale tamten cukier, był szczególny.
Zrobił pytającą minę.
- Co?!
- Edycja limitowana. Bardzo mi na tym zależy!
- Żartujesz? - Wyglądał na rozbawionego, w sumie nie dziwie mu się. To brzmiało komicznie.
- To dla mnie bardzo ważne!  Chcesz mi pomóc?
- Okey.. Skoro nalegasz.
Szliśmy koło piętnastu minut ale było warto. Dowiedziałam się co nieco o nim a on o mnie. Po dotarciu na miejsce kucnęłam nad ziemią i dotknęłam jej. W taki sposób mogłam przywoływać wspomnienia. Swoje i innych. Zobaczyłam to, co tamtego dnia. Ale trochę bardziej zrozumiale. Wtedy byłam roztrzęsiona i nie wiedziałam co mam robić. Po kilku minutach do żywych przywołał mnie Jonathan.
- Hej!  Tu leży. - Podał mi cukier, który wczoraj zgubiłam. - Ma takie opakowanie jak każdy inny.
- Zawiodłam się na tym cukrze. Miał mieć w środku kapsla z pokemonem. - Rzuciłam głupkowato.
- Mówisz poważnie? - Znów ten jego uśmiech. Jest piękny jeśli mam być szczera.
- Tak!  Oszustwo.. Więcej nie uwierzę moim znajomym.. Z poprzedniego miasta.
- Jesteś dziwna - Popatrzył w niebo, potem na mnie. - Widziałaś się dzisiaj w lustrze?
- Oczywiście!
- Masz coś czarnego pod oczami - zwiną swój szary rękaw i mnie wytarł.
- To pewnie tusz. Padało.
- Racja. Nie powinnaś nakładać tapety. Zasłaniasz swoją urodę. - Zaczęliśmy gdzieś iść.
- Naprawdę? Wiem o Tym. - Zarumieniłam się. Chyba pierwszy raz w życiu.
- Blokujesz chłopców - puścił mi oczko.
- O to chodzi - szepnęłam.
Idąc myślałam o tym co będzie gdy on się dowie. Miałam mieszane uczucia. Kiedy wreszcie powie mi co nieco o niebie! Doszliśmy do jakiegoś urwiska. Usiedliśmy na skraju i spuściliśmy nogi w dół.
- Lubię tu przychodzić. Czuję się wtedy jak w domu. - Powiedział . Ja zamierzałam wykorzystać sytuacje.
- Mówisz o niebie? - Przygryzłam warge.
- Tak.. Jest tam pięknie. I pachnie tak jak tu. Zabiorę Cię kiedyś - Spojrzał na mnie i patrzył głęboko w oczy. To było fajne uczucie ale krępujące.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - Próbowałam to przerwać.
- Dlaczego to kontynuujesz?
- Przestań! - Klepnęłam go w ramię. I znów patrzyłam w dal.
- Mogę Cię o coś spytać? - Odezwał się po chwili.
- Jasne. Jestem otwarta na każde tematy. Wal śmiało.
- Miałaś kiedyś chłopaka? - Dobra, to mnie zaskoczyło.
- Szczerze?  Nigdy w życiu. Czekam na księcia z bajki. - Zaśmiałam się a on ze mną. - A Ty dziewczynę?
- Kilkakrotnie razy ją miałem. Ale żadna nie odpowiadała moim standardom. - Znów się uśmiechnął.
- A.- Tylko to powiedziałam. Nie wiedziałam co mam rzec. Nie jestem z tych mądrych. - Robi się późno. Rodzice się pewnie martwią, muszę lecieć. Pa!
- Cześć.
Spacerkiem doszłam do domu i śmiałam się w myślach z niektórych wydarzeń. Na ustach malował mi się uśmiech a wszyscy nie wiedzieli co mi się dzieje.
- A Ty co taką cieszy-jape masz? - Na powitanie rzuciła Anya.
- A no tak jakoś! - Ściągłam buty i płaszcz, odłożyłam na miejsce i poszłam na górę do mojego pokoju. Wypakowałam się i włożyłam do torby książki na jutro i zeszyty. Zabrałam się za odrabianie pracy domowej z matmy. Poszło szybko. Skończyłam po pięciu minutach. Zaczęłam oszczyć moją broń i sprawdzać czy pyłki dymne są w dobrym stanie. Wszystko było w porządku. Przebrałam się w rzeczy do chodzenia po domu i zeszłam do salonu. Usiadłam na moim ulubionym fotelu i piłam kakao. Dzisiejszy dzień tylko z rana był kiepski. Myślałam, że już nic nie jest w stanie go zepsuć. A jednak.
- Mercy, kochaniutka. Musimy Ci o czymś powiedzieć - Te słowa wydobyły się z ust Samanty. A Jack usiadł na przeciw mnie.
- O czym? - Zaciekawiłam się trochę.
- Bo wiesz.. My znamy pewne wytłumaczenie na twoje wczorajsze zachowanie wobec Lucyfera. - Jego twarz zmieniła wyraz na poważny.
- Nie chcę o tym mówić.
- Ale musimy! - Przerwała Samanta. - Wczoraj gdy wyszłaś powiedziałam im prawdę, kolej na Ciebie. Zacznijmy od tego, że Lucyfer to twój brat.
- Co?! To nie możliwe!
- Posłuchaj!  Twoja matka na początku była żoną poprzedniego Lucyfera. Potem stała się Aniołem ale miłość między nią a twoim ojcem była niezmienna. Przespała się z nim i zaszła w ciążę. Potem zeszła na ziemię i tam zakochała się w ziemianinie. Jakimś cudem jego nasienie wmieszało się w płód. Gdy Bóg się o tym dowiedział odebrał moc Hany, twojej mamy a Ty przyszłaś na świat. - Skończyła mówić i kontynuowała gotowanie. Ja zaniemówiłam. Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. I... Czym ja jestem.
- Wszystko gra? - Czułym głosem Spytał Jack.
- Tak, jakby - opuściłam głowę w dół i jedna malutka łezka zleciała po moim bladym policzku. Szybko ją wytarłam i wybuchłam płaczem u siebie w pokoju. Poduszka była cała mokra. Chciałam się cofnąć w czasie i wszystko odwrócić. Znowu. Mam Dejavu. Do pokoju weszła Anya. Usiadła obok i przytuliła mnie. Ten gest załatał pęknięcie w moim sercu. Jest ich mnóstwo ale ból trochę ustąpił.
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Nie ważne jakich masz rodziców ale jak się Tobą opiekują.
- Tak!  Tylko, że prawdziwy tata miał mnie w dupie. Jak moja mama mogła zakochać się w tym czymś?! - Uderzając głową w łóżko mówiłam.
- Dobra, tu masz trochę racji. Ale jesteś silna babka i wierzę, że dasz sobie radę. Moja mama i tata też nie są święci.
- Dlaczego? - Pociągłam nosem.
- Samanta jest medium a Jack polował na demony. Ale nie martw się już wszystko gra!
- No to rzeczywiście nie źle. Moim opiekunem jest ktoś, kto kiedyś by mnie zabił. - Uśmiechnęłam się. Zrobiło mi się lepiej. Rozmowy działają. - A Ty?  Nie masz żadnego daru?
- Nie. I w sumie dobrze. Same problemy przez to.
- Tak, Jonathan dalej myśli, że widzę istoty nadprzyrodzone. Powiedział, że mam dar.
- Kiedy zamierzasz mu powiedzieć? O tym, że jesteś z piekła?
- Nie zamierzam. To wszystko zepsuje. Nasze relacje. Jestem bliska zobaczenia Nieba. Gdy już tam wejdę to zniszcze je.
- Aha... - Posmutniała - Właśnie!  Jak tam ze znajomymi?
- Przyjaźnie się tylko z Jonathanem. Nikt więcej.
- Aha. Zacznij kogoś poznawać!  Może będzie ktoś z twoich. - Poklepała mnie po ramieniu i wyszła z pokoju. Zostałam samotna... Pomyślałam, że się poucze! Fizyki...To niezbyt fajny pomysł ale podszkolić nie zaszkodzi. W końcu muszę zdać tą klasę. Najmniejszy problem stwarza historia. Idzie łatwiej niż każdy inny przedmiot. Nie wliczając w to sportowych zajęć. Mój znak na dłoni zaczął świecić co oznacza, że mam misję. Udałam się do lasu zaopatrzona w miecze i inne bronie. Czekałam na Chimere. Ona powiadamia mnie gdy coś się dzieje.
- Wszystkie Anioły śmierci... Na ulicę Holly... Kilka małych dzieci z piekła jest ranne... - Zniknęła. Ja popadłam w panikę. Wzięłam się w garść i poleciałam na miejsce zdarzenia. Niektórzy już tam byli i pomagali innym.
- Pomóż tamtej dziewczynce! - Ktoś z niepokojem powiedział do mnie. Podeszłam do dziecka i ujrzałam odcięte skrzydła. Krwawią i są w złym stanie. Z ust dziewczynki ciekła czarna substancja. Zdjęłam kurtkę i Przykryłam skrzydła dziecka.
- Jak masz na imię? - W panice mówiłam. Wszyscy biegali i wymieniali się bandażami i lekami. Inne dzieci były bardziej uszkodzone i potrzebowały większej pomocy. Dziewczynka zaczęła coś jąkać.
- Casandra... - Zamykały jej się oczy.
- Casandra!  Patrz na mnie. Skup się na moim głosie!  Nie odpływaj! - Krzyczałam żeby ktoś mi pomógł. Po ponad pół godzinie dostałam potrzebne rzeczy i zabandażowałam jej uciętę skrzydełka i wbiłam zastrzyk z antidotum. Casandra straciła przytomność ale to dobry znak. Zaniosłam dziewczynkę do innych uleczonych i spytałam kogoś kto nie jest zajęty.
- Co tu się stało?!
- Anioły... Zaatakowały dzieci! Powiedzieli, że będzie dobrze. Okłamali je.. To tylko dzieci... - Z płaczem wytłumaczyć zdołała mi Georgia. Znałam ją z zajęć zabijania.
Panował hałas i wszyscy byli przejęci. Ofiar było dwadzieścia. Wszystkich dzieci czterdzieści osiem. Z czego dziesięć jest w stanie krytycznym. Zebraliśmy się wszyscy i zdecydowaliśmy, że się zemścimy. Zabraliśmy dzieci do piekła i zakradliśmy się do sierocinca z aniołkami i wszystkich zamordowaliśmy. Było ich szesnaście. Jeszcze cztery osoby. Wybraliśmy dzieci archaniołów. Sprawiło im to na pewno ból ale sami zaczęli. Robiłam to z nie chęcią ale byłam tak zła, że zdolna do wszystkiego. Upaćkana krwią dzieci, które ratowałam, bo te zabite były zastrzelone z łuku, wróciłam do domu. Otwarłam drzwi i stanęłam przed nimi w środku.
- Boże...  Co Ty zrobiłaś? - Zapytał Jack.
- Mściłam się. Ale to nie jest krew moich ofiar, ale tych, którym pomagałam. Anioły zaczęły!  To ich wina!  Zabiłam szesnaście anielskich dzieci i cztery archanielskie. Tina, Nadya, Match i Silver. Nie żyją!
- Rany boskie.. Idź się przsepać. To na pewno była
 masakra. Idź, odpocznij. No już! - Zapędzała mnie szmatką Samanta. Gdy położyłam się spać to wszystko mętliło mi w głowie. To, że Lucyfer jest moim bratem i szefem, że Anioły posunęły się do takich czynów, te demony i mój cukier... To była najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek powiedziałam. Pomijając to, że na biologi zamiast tego co miałam powiedzieć, odpowiedziałam wynikiem równania. Pani zaczęła się ze mnie śmiać a ja dopiero po dłuższej chwili zajarzyłam o co chodzi. Wyszłam na głupią ale to nic. Bardziej martwi mnie fakt, że nasi, są w stanie masakry. Biedne dzieci. Mordują się tylko w tym niby szpitalu w piekle. Była pełnia co nie pozwalało mi zasnąć. Nigdy nie umiałam spać przy pełnym księżycu. Może to jakiś lęk czy coś. Sprawdzałam facebooka i inne portale społecznościowe. Potem czytałam różne opowiadania. Zeszło mi to do czwartej nad ranem. Leżałam nie wyspana. Ogarnęłam się i poleciałam zabrać kilka dusz, które miałam zabrać w sobotę. Jak zrobię to wcześniej to będę mieć wolne. Są jakieś korzyści. Coś mnie natchnęło żeby pomyśleć o Anyi, nie rozumiem tego czemu inni sądzili, że jest głupia. To bardzo mądra dziewczyna i wspaniała przyjaciółka. Umie nawet Pocieszać. Nie do końca ale się stara. To tylko człowiek, nie można dużo od niej wymagać. Ale na pewno mi dużo może pomóc.Gdyby Jonathan wiedział... Gdybym mogła mu powiedzieć! Przecież muszę zniszczyć niebo... Coraz mniej mi na tym zależy. Nawet nie wiem czy to zrobię. Nic nie wiem.



O to kolejny rozdział. Wiem, że jest krótki ale tylko na tyle mnie było stać. :) Zacznie się teraz szkoła i będzie mniej czasu także rozdziały mogą być rzadziej. 
Teraz życzę wam udanego roku szkolnego i dobrych ocen. 
Pozdrawiam! Buziole :*

           Nicol <3 

2 komentarze:

  1. Trudno ,że krótkie ważne ,że jest :* Ehh.. Szkoła. Supcio i znów ten cukier :D

    OdpowiedzUsuń
  2. I znów cukier *.* wierzyć się nie chce, że leżał tam całą noc i nikt go nie wziął ;)
    I wzajemnie udanego roku szkolnego i dobrych ocen :)

    OdpowiedzUsuń