Ostatni oddech w moim uroczym śnie i... Pobudka! Na dworze panuje straszliwa burza i wieje wiatr. Wiedziałam. Cirusy były tego oznaką. Panowała susza. Słońce gdzieś zza chmur próbowało wydostać się na pierwszy plan ale to na nic. W scenariuszu pisało coś innego. Wymierzyłam wzrokiem w Any'e , która spała jak zabita, dziwne. Taki harmider a ona się nie budzi. Lekki chłód otoczył moje ciepłe ciało ale po chwili uciekł. Przeczesałam włosy ręką i zmróżyłam oczy. Leniwie wstałam i podeszłam do mojej szafy. Otworzyłam ją i wzięłam do rąk bieliznę, kremową. Czarną bokserkę, szare rurki i czerwonoczarną koszulę w kratkę. Poszłam do łazienki i ubrałam się. Swoje włosy uczesałam i zarzuciłam do tyłu.
Czuje się dziś w szczytowej formie! Z uśmiechem na buzi schodzę na dół.
- Ty już wyzdrowiałaś? - Ucieszona Samanta spytała nalewając mojemu kuzynowi kakao.
- Jak widać. - Dodałam radośnie melodyjnym głosem i usiadłam do stołu.
- Widzisz, droga Samanto. Jonathan działa, jak natura chciała. - Oznajmił Salomon żartobliwie a reszta zaczęła chichotać.
- Ha Ha Ha. Naprawdę bardzo śmieszne - Powiedział ironicznie Archanioł.
- Się nie spinaj. Potraktuj to jak komplement. - Dodałam i pogłaskałam Go po ramieniu, po czym się uśmiechnęłam. - To kiedy idziemy po Ziemię?
- Eee.... Po balu Any'i. - Odparł chłopak.
- Kiedy ona go ma? - Spytałam biorąc do ręki pączka.
- No dzisiaj....
- Co Ty taki dziwny? - Ugryzłam wypiek i pochłonęła mnie marmolada.
- Ja? To Ty się dziwnie zachowujesz - zbulwersował się i krzywo spojrzał.
- Niech Ci będzie...Okey - Bez protestów odpowiedziałam. Zaraz po tym zeszła Anya. Wyglądała jak po ciężkiej nocy albo jakby była na kacu. Usiadła i spuściła głowę na blat po czym zaczęła dłubać w posiłku. Zdegustowana zamieszała herbatę i wzięła łyk.
- No Cholera jasna! Wyście się mózgami zamieniły czy coś?! - Wybuchnął jak wulkan Jonathan.
- Odczep się! Jestem zła - źle! Mam dobry dzień! - źle! Może mam zniknąć? Żebyś nie musiał oglądać mnie szczęśliwej! Właśnie przywróciłeś mnie do stanu normalnego. Brawa dla Ciebie. Ehh. Faceci zawsze wszystko psują! - Wstałam i wyszłam do ogrodu.
Co za głupek! Jezu! Coś Ty potworzył Boże.... No ja się pytam Co? Dziwne , że Teo cicho siedział...
Usiadłam na trawie i zaczęłam gapić się w zachmurzone niebo. Porywisty wiatr targał moje włosy bezlitośnie a ja ledwo utrzymywałam równowagę.
- Bo Cię piorun trzaśnie! - Krzyknął blondyn.
- I tak mi się nic nie stanie! - Odkrzykłam chamsko.
- Przepraszam! - Walnął. Nastała cisza. Podszedł do mnie i usiadł obok. - Przepraszam.
- Masz coś na swoje wytłumaczenie? - Uniosłam brew w górę.
- Yyy... Nie - Uciął.
- Skąd ja to wiedziałam. - Powiedziałam pod nosem i westchnęłam. - Wiesz co? Mam pytanie. Dlaczego kiedy patrzę Ci w oczy, widzę smutek - Zciszyłam ton.
- Bo nie jestem szczęśliwy. - Szczerze wyszeptał a ja lekko otwarłam usta. - A dlaczego ja patrząc w twoje szatańskie widzę miłość, współczucie i żal?
- Bo nie jestem okładką książki tylko zawartością - Spojrzałam w jego błękitne ale jakże zatroskane oczy i spoważniałam.
- Piękne porównanie diablico - Uśmiechnął się elegancko.
Poczułam , że motyle robią swoje.
Wiatr trochę się uspokoił.
Nagle tak z nikąd chłopak delikatnie dłonią objął moje policzki i musną kciukiem moje wargi. Momentalnie spuścił wzrok w dół i odłożył rękę. Wstał. - Przepraszam - Poszedł do domu. A ja zostałam sama. Jak palec? Nie... Palce nie są same, mają inne palce. Sama jak najbrzydsza osoba w szkole. W sumie takie osoby też nie są same.
Wróciłam Do Rodziny zastępczej.
******
- Aaa!!! Szybko szybko! !! - Krzyczała podekscytowana Anya a ja zręcznie zapinałam zamek jej pięknej sukienki.
- A-a Make-up?!
- No to dawaj! - Śpiesznie Usiadła przy toaletce.
- Nie chce mi się! Nie jestem w tym dobra! !! Ajć! - Machnęłam rękę i omal dziewczyna nie straciła wzroku ale na twarzy pojawiły się czarne cienkie kreski nad oczami i delikatny makijaż permanentny. Gestem nakazałam Any'i żeby odwróciła się do lustra.
Jej reakcja była świetna. Podziękowała przytulając mnie i natychmiastowo się uspokoiła.
- Trzeba spoważnieć - Oznajmiła.
Ja udałam się na dół i oczekiwałam przyjścia nieznanego mi Nicka.
Usiadłam na sofie i z bananem na ryju włożyłam nogi na pobliski stoliczek.
- No co tak zęby
? - Spytał Jack.
- No nic! Wygląda pięknie! Nie wiedziałam , że Twoja córka ma takie nóżki - Puściłam oczko do opiekuna i spoglądnęłam w okno wyszukując partnera mojej przyjaciółki.
Usłyszałam lekkie pukanie co mnie nieco zdziwiło bo nikogo nie widziałam.
- Ja otworzę - Zadeklarowałam do Jacka , który aż zerwał się z miejsca by poznać wybranka córki. - Zaufaj mi. Jestem jak nie jeden dobry tatuś. - Zachihotałam i podeszłam do drzwi.
Otwarłam je ostrożnie i ujrzałam wysokiego chłopaka. Miał czarne włosy i głęboko szare oczy. No , no. Nieźle Anya.
- Yyy... Cześć? Ja tu po Any'e. - Spojrzał na mnie co mnie nieco onieśmieliło.
- Wiem. Anya, jest na górze. Zaraz przyjdzie. Mercy jestem. Nie miło mi Cię poznać - Uśmiechnęłam się sztucznie.
- Widzę , że nie przypadliśmy sobie do gustu. Ale ja nie zabiegam o Twoje względy więc przepraszam mało lato ale prosiłbym o moją partnerkę. - Uśmiechnął się ironicznie.
- Żeby zabiegać o względy Any'i trzeba przypaść mi do gustu mój drogi. Tak na marginesie jestem w twoim wieku. Synu śmierci. - Uniosłam dumnie głowę i zadowolona z siebie oczekiwałam reakcji.
- Co? Skąd wiesz? - Zaniepokoił się.
- Siostra Lucyfera wie wszystko co z piekłem związane a tylko Ty masz tak szare oczy jak szara jest śmierć mój drogi.
- Słucham? Nie będę zadawał się z kimś kto ma w domu siostrę tego zwyrodnialca! Idę stąd.
- I bardzo dobrze. Nawet nie chciała z Tobą iść. - Prychnąłam i weszłam do środka. - Anya! Możesz się rozbierać.
- Kocham Cię! - Krzyknąła z pokoju.
- Co? Jak to? Ale? Proszę o wyjaśnienia. - Powiedziała Samanta z wyrazem oburzenia.
- Otóż, co już Teo wie, Anya nie chciała iść na bal z kimś takim jak Syn Śmierci i bardzo dobrze zrobiła. Może ma ładną buźkę ale serce... Uuu i mózg. To już katastrofa totalna.
- Nie rozumiem dlaczego moja rodzona córka zwierza się rodzinie diabła a nie matce. - Spojrzała na mojego kuzyna , który tylko wzruszył ramionami.
- No! To bal z głowy. Ruszamy na cmentarz? - Zapytałam ciekawskim głosem. W odpowiedzi zobaczyłam tylko dziwne miny. - Mowę wam odjęło? No ruszamy, ruszamy. Samo się nie odkopie. - Popędziłam chłopców na górę. - Tylko ubierzcie te wasze stroje "bojowe". Tak lepiej wyglądacie - Zadziornie powiedziałam i uśmiechnęłam się.
- Mówisz poważnie? - Walnął Teo.
- Oczywiście ,że TAK !
Każdy rozszedł się w swoją stronę.
*****
Bieg. Anya trochę zmęczona ale jak na człowieka kondycję ma niezłą. Nie ma wiatru co ułatwia sprawę. Słyszę ciężki oddech kogoś kto biegnie za nami. - Jeden z trzech demonów.
- Nie dam rady ! - Krzyczy zmęczona Anya. Mała, wierzę w Ciebie.
- Dasz! - Odpowiedziałam przekonująco.
- Nie....- W tym momencie serce mi stanęło. Ja, Theo i Jonathan staliśmy jak słupy. Szczęki opadły nam na dół a widok , który nam gościł był okropny.
Moja przyrodnia siostra leżała na ziemi a demon się cieszył.
- Coś jej zrobił?! - Z łzami w oczach krzyknęłam.
- Teraz was mam - Oślizłym głosem wyższym niż normalnie powiedział Avagras patrząc na Any'e.
- Po co Ci ona? - Spokojnym tonem spytał Jonathan, dziwiło mnie bardzo , że potrafi zachować spokój w takich okolicznościach.
- Buahahah. TARCZA! - Wydobył z siebie długi krzyk i zniknął a dziewczyna zaczęła krwawić. Ale nie moralnie.
- Ona... Tak jak archanielskie dzieci... Ta krew... - Poczułam winę w sercu. Zrobiło mi się smutno.
- O czym Ty mówisz? Byłaś tam?! Odpowiedz mi?! Czy Ty tam byłaś?! - Krzyczał Jonathan szarpiąc mnie za nadgarstek.
- Ty też ! - Zaczęłam płakać. Ukucnęłam.
- Przepraszam, nie powinienem - Szepnął i objął mnie.
- Gołąbku drogi co się z nią dzieję?! - Wykrzyczał Theo do Jonathan.
- Krwawi Anielską krwią. Nie mam pojęcia czemu. Zabierz ją do Salomona. Ja z Mercy odnajdzieny Ziemię. - Chwycił mnie za ramię i pchnął do przodu. Nieco mnie to zabolało.
- Puść! To boli.
- Przepraszam za urażenie twej delikatności.
- Masz jakiś problem?
- Skąd, jestem nieco pod denerwowany. Nic poza tym. - Uśmiechnął się złośliwie.
*************************
Dawno mnie nie było
Przecież i tak nikt tego nie czyta...
The ♥ Dead♥ Kiss♥
Zamykam bloga , iż nie mam dla kogo pisać. Nie będę Go kontynuować chyba , że ktoś zechce, wtedy niech da znać
Oczywiście Go nie usuwam :)
Trzymajcie się ;*
A ja będę twym Aniołem...♥
Blog opowiada o nastolatce ,która została wybrana do tego, żeby zabierać dusze ludzi. Na drodze do rozpowszechniania zła staje jej jednak pewien chłopak.
niedziela, 3 lipca 2016
piątek, 20 listopada 2015
Rozdział dziewiąty.
Usiadłam razem z Any'ą na sofie przy oknie. Zachowywałyśmy się szczerze mówiąc dziwnie. Po godzinie gapienia się rodziców dziewczyny na nas, zszedł Teo. Również dziwnie się patrzył. Cholera, chyba widać, że chcemy coś zataić. Pewnie myślą co? Salomon czytając gazetę również czasem spoglądał w naszą stronę.
Robiło się nie zręcznie.
Ta chwila przerodziła się w istną mękę gdy dołączył do nas Jonathan a po chwili wpakował się do środka Lucyfer.
Anya spojrzała na mnie błagającym wzrokiem. Za pewne chciała stąd wyjść. Ale nie miałyśmy jak! Do tego wszystkiego doszła mi myśl , że dzisiaj uwolniły się demony. Całe szczęście, że ten , którego Jonathan zdzielił jeszcze się leczy bo była by kiła ze świata. A no tak! Kolejne planeto - wskazówki oznaczają kiedy demon się wyleczy! Że ja na to wcześniej nie wpadłam?
- Możemy porozmawiać? - To pytanie Lucek skierował do Any'i.
- Pewnie. Wal - Stanowczo i bez problemu powiedziała Anya.
- Nie możemy na osobności?
- Po co? Tu jest dużo miejsca a po za tym nie mam przed nikim tajemnic. - Zająkała się mówiąc to zdanie ale mój brat dalej nie ogarniał o co chodzi.
- Wolałbym żeby ta rozmowa odbyła się na osobności. - Zagryzł wargo - przyssawki.
- Ta! Żebyś zrobił jej to samo co Mercy?! W życiu nigdzie z tobą nie pójdzie. Wiesz co? Wynoś się z tego domu. Nie chcę Cię tu więcej widzieć. Nie pod moim dachem. - Zaprotestowała Samanta i słusznie. Nie będę musiała dzielić domu z czymś nie ludzkim.
- Żegnam! - Syknął obślizłym głosem i wyleciał robiąc dziurę w dachu.
- Uff- Anya westchnęła z ulgą.
- Coś się stało? - To pytanie padło z ust mojego kuzyna. Zorientował się , że nam ulżyło.
- Nie - Odparłam niewiarygodnie.
- Aha...- Również nie do końca pewny czy mówię prawdę odpowiedział Teo.
Po całym napięciu uszła z nas presja.
Ja wróciłam do swojego pokoju i chłopaki też. Anya pozostała z rodzicami i Salomonem.
***
~ OCZAMI TEO~
Noc. Koło drugiej. Wszyscy śpią. Oprócz mnie. Szykuje się właśnie do wyjścia. Bez szelestnie wyśliznąłem się z pokoju i najciszej jak potrafiłem zamknąłem drzwi. Sprytnie Zszedłem po schodach i znajdowałem się przy drzwiach wejściowych. Ciche świętowanie triumfu i .....
- Teo? Dokąd się wybierasz?
- Pani Samanta....- Chciałem zapaść się pod ziemię- Ja? No...Wynieść śmieci przecież!
- O takiej godzinie? Coś mi się nie chcę wierzyć. Zresztą zdolniacha z Ciebie dasz sobie radę. Idź...Gdziekolwiek ruszasz. - Puściła mi oczko a ja przetarłem czoło z ulgą. Normalnie wyszedłem i Skierowałem się w stronę tego cmentarzu. Idąc spotkałem Lucyfera i kilka upadłych. Całe szczęście nikt mnie nie zaczepiał. Mróz tym razem był moim wrogiem za to wiatr sojusznikiem. Dotarłem na miejsce. Jak się tam dostać w naturalny sposób? Skrzydeł nie użyje bo ludzie zobaczą a płot O dziwo jest za wysoki do przeskoczenia. Hymm.. Co robić? Przekopać się? W tej chwili potknąłem się na bramę i była otworzona. Była otworzona! Zabije Any'e. "Tydzień max".Agr! Dobra nie ważne. Powoli Otwarłem bramkę i wydała z siebie skrzyp. Ruszyłem na wycieczkę po miejscu spoczynku. Stanąłem trochę z daleka i zobaczyłem , że ktoś kopie grób , który był moim celem. Litości! Podeszłem swawolnie i chciałem zdzielić osobnika ale ten w momencie odwrócił się w moją stronę.
- A! - Wydała z siebie dźwięk. Był dziewczęcy, twarz zakryta była włosami co spowodowało , że nie potrafiłem rozpoznać twarzy.
- Kim jesteś? - Spytałem patrząc na dziewczynę pytającym wzrokiem.
- Teo? - Dobra, teraz już wiem kto to jest.
- Anya? Co Ty tu robisz?
- No a Ty? Ja próbuje dokopać się do Venus.
- Kiedy Ty? Jak? What the Hell?
- Też coś potrafię. Skradać się. - Uśmiechnęła się do mnie. I zaczęła kopać dalej.
- Kopiesz rękoma?
- Gdybym wzięła łopatę byłabym za głośno. Muszę rękami. Samo życie.
- No czekaj pomogę Ci. - Uklękłem i wziąłem się do roboty. Zapanowała nie zręczna cisza. Szło nam to wolno.
- Masakra - Westchnęła dziewczyna.
- Słuchaj. Może ja to rozpierdole? Ajć! Czasem zapominam ugryźć się w język. Przy damie nie wypada. Wybacz.
- Wy w piekle to wszyscy tacy wychowani? I każdy chłopak jest taki szarmancki? - Spytała.
- Uwierz, nie. - Stanowczo powiedziałem.
- Dobra. Rozwal to. Nie mam już siły kopać. - Odsunęła się od mogiły a ja rozwaliłem zamarzniętą ziemię powodując dziurę w ziemi. Razem z trudem wyciągliśmy trumnę na wierzch i wydobyliśmy Venus.
- Dobra wracajmy. Żeby tylko nikt nas nie zobaczył bo mam dość już skojarzeń. - Ruszyliśmy.
Znów panował nie zręczna cisza. Nienawidzę takich momentów. Czasem zerkaliśmy na siebie ale to rzadko i na krótki czas.
- Emm... Teo... Mogę Cię o coś prosić? - Spytała nie pewnie. Jakby bała się odpowiedzi.
- Jasne.
- Czy będę mogła...Ale tylko przy Lucyferze. Udawać , że Cię podrywam? Tylko żebyś wtedy udawał , że tego nie widzisz. - Szybko zapytała.
- Okey... Ale dlaczego przy Lucyferz?
- Nie mogę powiedzieć. - Spuściła głowę w dół a jej oczy wędrowały za jej butami.
- Nie naciskam. - Nie ukrywam, ciekawi mnie to. Ale no, nie będę nachalny. Nie wypada.
- Znaczy nie , że nie mogę ale się wstydzę...- Włożyła ręce do kieszeni i zwolniła.
- Czy ja na pewno jestem twoim znajomym? - Zapytałem bo nie mogłem wytrzymać.
- Czemu pytasz?
- Bo mam wrażenie , że za dużo mi mówisz. - Spojrzałem na nią i się uśmiechnąłem.
- Nie. Wcale tak nie uważam. Powiedziałam tak wtedy bo.... Tego nie chcę mówić. Uważam , że jesteś moim przyjacielem. W życiu kogoś takiego nie poznałam. - Zciszonym tonem odparła.
- Fajnie to słyszeć. Ale skoro jestem twoim przyjacielem to wiedz , że możesz mi powiedzieć wszystko. Nawet , że Ci się okres spóźnia - Uśmiechnąłem się a Anya zrobiła to samo.
- Bo...Brat Mercy... Próbował mnie dwukrotnie zgwałcić....
- Co? Mówisz poważnie? Ktoś wie?
- Mercy. Dzisiaj idziemy do Salomona. Bo gdy krzyczę on mdleje. Tym się broniłam.
- Rozumiem , że się tego wstydzisz. Ale nie rozumiem czemu on zemdlał.
- Właśnie dlatego idziemy do Salomona. Ale obiecaj , że nie powiesz nikomu! Nawet Jonathanowi. Obiecaj!
- Tak jak to , że już nie będę chciał się zabić? Obiecuje. - Uśmiechnąłem się Łobuzersko.
- Dobra. Ty się teleportnij żeby nie było a ja dojdę...
- Nie zostawię Cię samej w środki lasu! Zwariowałaś chyba?
- No dalej! Poradzę sobie. Jestem dużą dziewczynką.
- A jak znowu dorwie Cię Lucyfer? - Zaniepokoiłem się.
- Dobra. Przez Ciebie nie zasnę. Przy zakręcie do mojego domu pójdę pierwsza. Ty wejdziesz tylnymi drzwiami.
- Okey.
Po piętnastu minutach byłem już z tyłu domu. Wszedłem jak gdyby nigdy nic i poszedłem do pokoju. Krążyła mi po głowie jedna myśl - Spać. Glebłem się w kime i ani atom mnie nie ruszy. Będę spał jak zabity. Choćby świat się walił. Dobra, wtedy spanikuje znając życie.
************
~OCZAMI MERCY~
Obudziły mnie dźwięki dochodzące z korytarza. Boże! Co wy tam robicie. Jest dopiero...O! Jedynasta...Oh, trzeba się ogarnąć.
Wstałam ociężale z łóżka i Odsunęłam zasłony. Małe promyki słońca oślepiały mnie nieco. Podeszłam do szafy i wyciągłam ciuchy. Potem oczywiście udałam się do łazienki, która znajdowała się w pokoju. Umyłam zęby, uczesałam się i ubrałam. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam Teo grającego w hokeja z Jonathanem.
- Aha. Spoko. - Ziewając powiedziałam i wyminęłam ich. Zeszłam do jadalni.
- Dzień dobry śpiąca królewno! - Wesoło zapowiedział Jack.
- Tssa...Dzień dobry. - Wydobyłam z siebie resztę głosu.
- Wyspałaś się? - Zaśmiała się Samanta a ja tylko przecząco pokiwałam głową.
Zobaczyłam , że niesie mi talerz z naleśnikami. Ooo....Tego mi trzeba. Bita śmietana i owoce. Mmm...Pyszota. Zjadłam i posprzątałam po sobie po czym wypiłam kakao.
- Co tak cicho siedzisz? - Wtrącił Salomon.
- Głos straciłam - Powiedziałam zachrypniętym głosem.
- Aaa. Przechodzisz mutacje.
- Nie? To chłopcy ją mają - Klepłam się w czoło i opadłam na stół. Po chwili na dół zbiegł Teo z jakąś kartką w ręce.
- O ! Masz, nie mogłem czekać. Zdobyli...łem tę wskazówke.
- Gratuluję odwagi, i przede wszystkim głupoty! Co Ci strzeliło do głowy?
- Nie ważne. Czytaj lepiej bo zaraz głos stracisz i nic z tego nie będzie. - Usiadł na przeciwko.
- Ehh...:
" Biały dzień, a w dzień upadła karę ponieść musiała. Lecz dobra aura ją uratowała. Pomóc musi demony zgładzić i na swoim miejscu je usadzić.
Ziemia jest matką przy kardynalskim grobie, porost rośnie, a co kryje w sobie? ".
- Dobra, to jest prostsze do zrozumienia. Nie jest nam potrzebna Anya - Prychnął Teo a Jonathan skinął głową , że się zgadza. - Musimy znaleźć nagrobek kardynała , który jest zarośnięty. Super!
- Taki grób może znajdować się wszędzie! Nawet kurde w lesie...- Dodał Jonathan.
- Serio? Nie wiedziałam, weź. Dzięki - Klepłam Go w ramię śmiejąc się przy tym.
- No nie ma za co! - Uśmiechnął się zalotnie i wypowiedział to w sarkaźmie. Poczułam , że moje policzka na oczach wszystkich robią się purpurowe. Ale szybko moje kosmyki włosów opadają na twarz i zakrywają plamy. Odrzchrząkam.
- To może... poczekamy aż Anya wróci pomoże nam zlokalizować ten... Grób? - W końcu taki z niej geograf....He, he. - Podrapałam się po głowie i spojrzałam w sufit.
- No może. A może ogarniecie się i sami poszukacie? - Wygarnął Salomon.
- Eeee. Nie. - Wszyscy powiedzieliśmy chórem.
- A no tak.
Zbulwersowana Wstałam i uderzyłam głową w ścianę i udałam się do łazienki. Źle się czuje. Głowa boli, nie dobrze mi... Gardło drapie i takie tam objawy grypo-stanu. Choroba u osoby z piekła jest męką gorszą niż tatuaż Anioła. Super. Nie będę mogła ruszać na akcję.
Ochlapałam się zimną wodą i Wyszłam z toalety. Z powrotem znalazłam się tam, gdzie reszta. Weszłam chyba w niewłaściwym momencie bo ucichli.
- Kogo obgadywaliście? - Spytałam i poczułam kłócie w sercu z czego jękłam chwytając się za klatkę piersiową.
- Mercy? Wszystko gra? - Zapytał Jack.
- Tak... - Zaczął mnie bardzo boleć brzuch. Masakra. Zaciskałam Powieki z bólu.
- Na pewno?! - Dodał Jonathan.
- No przecież mówię! - Wykrzyczałam. Po chwili upadłam i jeszcze gorzej się poczułam. Teo uklęknął i przyłożył i dłoń do głowy.
- Ona ma ziębiączke! - To Krzyknął Teo kierując się do Salomona.
- A, Złapała Muszczyczke. Dostałem wczoraj, ale ja tego tak nie przeżywam bo miałem już z dziesięć razy. Nic groźnego tylko będzie cierpieć - Za podał Salomon.
- Zaniosę Cię do pokoju. Odpoczniesz trochę. - Uśmiechnął się dnie opiekuńczo kuzyn. Po czym wziął na ręce i odłożył do łóżka.
- Dzięki - Przytuliłam swojego głupiutkiego kuzyna i się pożegnałam.
~OCZAMI TEO~
- Dobra, leży. - Zadowolony z siebie Oznajmiłem.
- Dobry z Ciebie chłopak - Uśmiechnęła się do mnie Samanta. A ja gestem podziękowałem za komplement.
Po chwili do domu wparowała Zdyszana Anya.
- Maaaammmmooo! - Pociągła.
- Jezus! CO? ! - Zachichotała Samanta.
- Tylko nie Jezus! - Zaśmiał się Jonathan.
- Sukienka! Buty! RATUNKU! - Usiadła na krzesło z grymasem na twarzy.
- Aaa - Odparł Jonathan. - Wy ten bal macie!
- Właśnie! - Powiedziała to rozwiązując sznurówki z buta.
- No to pochwal się, który Cię zaprosił? Tu jest taki wybór...- Zaczęła się śmiać matka Any'i a reszta zrobiła to samo.
- Nick.
- Ten Nick? Ooo. Nie tak źle. - Walnął Jonathan. - Cieszysz się?
- No jasne! TYLKO CO JA ZAŁOŻĘ! Nic prócz spodni na mnie ładnie nie leży - Zmartwiła się.
- Ty się przynajmniej cieszysz! U nas bale są okropne. Nikt nie może iść z kim chcę. Normalne osoby tzn. Ludzkie muszą iść z strzygami, demonami, zjawami i tak dalej.... Byłem trzy razy i już nie mam zamiaru. - Dodałem na pocieszenie.
- Ale Teo to jest ziemia! Pokażesz się w czymś w czym już byłaś i do końca liceum nie masz życia! - Krzykła na mnie.
- Jeju no dobra! - Wycofałem się z dalszej konwersacji żeby nie wzniecać ognia. Postanowiłem słuchać co mają do powiedzenia. A więc zaczynamy przedstawienie.
- Kochanie, od wielu lat w naszej rodzinie panują tradycje, jedna z nich polega na przekazywaniu pewnej sukienki z pokolenia na pokolenie. Jest za kolana, do połowy łydek, bordowo-czerwona. Będzie Ci w niej pięknie! Twoja matka wyglądała najlepiej z całej sali! - Zachwycił się Jack.
- Tato, ale ja nie nazywam się Samanta, Georgina Lawrence i nie mam ciemnej cery oraz lekko rudych włosów, i nie mam figury klepsydry! A po za tym, widziałam tą sukienkę i Wogule mi się nie podoba! - Syknąła zdesperowana Anya.
- Miałem się nie odzywać ale słuchać nie mogę - Przerwałem - Myślę , że Any'i będzie ładnie w sukience o kolorach pastelowych. I nie do połowy łydek ale przynajmniej zakrywającą kostki lub, co lepsze - Suknia przed kolana. Stawiam na kolor ècru, pudrowego różu albo, co kompletnie faforyzuje - Liliowy. Genialnie pasuje do jej oczu. Tyle w temacie. - Uśmiechnąłem się na koniec i zamilkłem a reszta patrzyła na mnie z podziwem.
- Zgadzam się z nim w stu procentach! - Powiedział Jonathan - Chłopaku, skąd masz taką wiedzę?
- Wiesz, tysiące lat z laskami w piekle o różnorodnych urodach wystarczą żeby zostać ekspertem - Puściłem mu oczko - A tak na marginesie, mój kolega jest projektantem mody. - Takie rzeczy upadli mają we krwi! Ale to pominę. Nie muszą wiedzieć.
- Po prostu Cię kocham! - Odparła Samanta - Tylko skąd ja wezmę taką suknię?! - Uderzyła mnie ścierką.
- Kochana, mam wiele zdolności. Tyle , że szarych. Ja suknie wyczaruje, Jonathan ją zafarbuje - Pstryknąłem palcami a na sylwetce dziewczyny pojawiła się sukienka , którą dokładnie przed chwilą miałem w głowie. Jonathan ruszył palcem i odzież nabrała
Koloru.
- Łał, dziękuję wam.
- Pozostaje kwestia butów. Ten Nick wysoki czy taki kurdupel jak ja? - Stanowczo powiedziałem.
- No wysoki, aż za bardzo...- Odparła Anya.
- No to szpilki, będzie mu się źle z Tobą tańczyło jak będziesz mieć baleriny. - Na stopach Any'i pojawiły się zwykłe, liliowe, połyskujące buty na wysokim obcasie, ba ! Na szpilkach.
- Oszalałeś? Ja się w tym Zabije! - Przestraszyła się dziewczyna.
- Masz czas żeby się nauczyć. Powodzenia! - Pokazałem jej dwa kciuki w górę i poszedłem do schorowanej kuzynki.
***
Mercy czuję się dobrze, niestety nikt nie może się do niej zbliżać bo się zarazi. Trwa to już trzy dni a my dalej nie szukamy Ziemi... Może tam jest jakaś istotna informacja? Może nie jest to wskazówka lecz normalny tekst? Który powie nam więcej niż ułożone przez kogoś "wierszyki".
Ehh.... Co ja będę robił? Mercy chora, Jonathan ma swoje sprawy a Anya będzie zajęta randkowaniem! Z Salomonem nie mogę poprowadzić zwykłej konwersacji a Jack i Samanta... To nie dla mnie. Może ja też poszukam kogoś do towarzystwa? Chociaż nie... Albo swoi, albo nikt.
Nagle jakby z nikąd usłyszałem szlochanie. Płacz dziewczyny. Wyszedłem z pokoju żeby zobaczyć kto mi moczy drzwi i ku zaskoczeniu zobaczyłem Any'e. Siedziała zgarbiona a twarz kryła w kolanach.
- Hej? Co się dzieje? - Spytałem przenikliwym głosem sześciolatka, kucając przy tym.
- N-N-Nic - Pociągnęła nosem.
- No przecież widzę! Powiesz mi...? - Złagodziłem ton.
- B-bo J-ja n-nie u-umiem chodzić na tych butach ! - Zapłakana dziewczyna podniosła głowę i spojrzała mi w oczy jakby oczekiwała zbawienia.
- Ej! Nie musisz się uczyć na nich chodzić skoro aż tak źle Ci to idzie! Niech Nick przypasuje się do Ciebie a nie Ty do niego. W końcu jesteś damą. - Uśmiechnąłem się pocieszająco, pogłaskałem Any'e po głowie i wstałem.
- Ja z nim nie chcę iść...- Powiedziała nieco ciszej.
- Dlaczego? Ponoć bardzo fajny chłopak.
- Ponoć. - Powtórzyła ironicznie a ja
Spojrzałem pytająco - Nie ważne....
Nie diciekając do sedna sprawy zszedłem na dół gdzie rozpoczynał się posiłek. Danie jednogarnkowe - Gulasz warzywny.
Trwała kłótnia , że sami chłopi przy stole a tu taki biedny obiad. Samanta jednak skierowała się z prośbą do mężczyzn , żeby się uspokoili bo damy też czasem muszą zjeść coś, co odpowiada jej tali bądź diecie. Zszokowany sprawą usiadłem do stołu i nawet nie pisnąłem słówkiem.
Jonathan siedzący na przeciwko spojrzał na mnie żenująco po czym wstał i dosunął hałaśliwie krzesło żeby ludzie w tym pomieszczeniu trochę się ogarnęli.
- Jonathan! Zjadłeś chociaż? - Szybko spytała Samanta.
- Pani wybaczy. Nie jestem głodny. - Po wypowiedzeniu tych słów udał się na górę. Kobieta tylko stała wgapiona w odchodzącego chłopaka.
~OCZAMI MERCY~
Choroba jest naprawdę upierdliwa i nie daje mi spokoju. Ehh... Możemy leczyć rany, ale chorób i spraw sercowych nie. To głupie. Tak samo jak chemia.
Jest mi strasznie gorąco ale muszę leżeć przykryta kołdrą aby się wypocić chociaż już jestem spocona. Mam straszny kaszel i katar. Kłócie w sercu, chrype i zawroty głowy. Do tego wszystkiego dochodzi ból głowy i inne uboczne objawy. Dobrze , że nie zbiera mnie na wymioty. Usłyszałam pukanie do drzwi.
-P-proszę...- Wymamrotałam.
Chłopak otworzył drzwi i pobladł.
- Jeju, serio z Tobą źle. Opóźnia nas twoja choroba - Stwierdził. Włożył ręce do kieszeni w spodniach i oparł się o ścianę.
- Dzięki za pocieszenie - Odparłam ironicznie na co on uśmiechnął się również z ironią. - Idźcie beze mnie.
- Żartujesz? We dwójkę nie damy rady!
- A Anya?
- Przecież ona nie potrafi walczyć. Jak nas coś zaatakuje? Nie...- Prychnął i spojrzał w dół. W takiej pozycji wyglądał bardzo dobrze. Wręcz przystojnie. Zaczynam postrzegać chłopaków jako mężczyzn a nie słodkich lalusiów.
- No fakt. Sorry, nie czuję się najlepiej.
- Zauważyłem - Zaśmiał się - Mógłbym Ci pomóc. - Szczerze powiedział.
- To pomóż... - Skrzywiłam się i zakryłam bardziej.
- Mógłbym, nie znaczy , że mogę. Moja pomoc jest nie korzysta i nie stosowna. Dlatego zastosuje ją dopiero w nagłym przypadku - Póścił mi oczko.
- Nie mam pojęcia o czym nadajesz. - Eee.... Co? - Lepiej idź bo się zarazisz.
- Wyrzucasz mnie? Hej! Jestem odporny! Na wszystko! - Zadeklarował.
- Na miłość też?
- Też. - Powiedział i wyszedł jak gdyby nigdy nic.
**************************
No cześć kochani! Witam was po długiej przerwie - brak weny.
Rozdział jak zwykle powikłany. Misz-masz.
Nicole♥
Robiło się nie zręcznie.
Ta chwila przerodziła się w istną mękę gdy dołączył do nas Jonathan a po chwili wpakował się do środka Lucyfer.
Anya spojrzała na mnie błagającym wzrokiem. Za pewne chciała stąd wyjść. Ale nie miałyśmy jak! Do tego wszystkiego doszła mi myśl , że dzisiaj uwolniły się demony. Całe szczęście, że ten , którego Jonathan zdzielił jeszcze się leczy bo była by kiła ze świata. A no tak! Kolejne planeto - wskazówki oznaczają kiedy demon się wyleczy! Że ja na to wcześniej nie wpadłam?
- Możemy porozmawiać? - To pytanie Lucek skierował do Any'i.
- Pewnie. Wal - Stanowczo i bez problemu powiedziała Anya.
- Nie możemy na osobności?
- Po co? Tu jest dużo miejsca a po za tym nie mam przed nikim tajemnic. - Zająkała się mówiąc to zdanie ale mój brat dalej nie ogarniał o co chodzi.
- Wolałbym żeby ta rozmowa odbyła się na osobności. - Zagryzł wargo - przyssawki.
- Ta! Żebyś zrobił jej to samo co Mercy?! W życiu nigdzie z tobą nie pójdzie. Wiesz co? Wynoś się z tego domu. Nie chcę Cię tu więcej widzieć. Nie pod moim dachem. - Zaprotestowała Samanta i słusznie. Nie będę musiała dzielić domu z czymś nie ludzkim.
- Żegnam! - Syknął obślizłym głosem i wyleciał robiąc dziurę w dachu.
- Uff- Anya westchnęła z ulgą.
- Coś się stało? - To pytanie padło z ust mojego kuzyna. Zorientował się , że nam ulżyło.
- Nie - Odparłam niewiarygodnie.
- Aha...- Również nie do końca pewny czy mówię prawdę odpowiedział Teo.
Po całym napięciu uszła z nas presja.
Ja wróciłam do swojego pokoju i chłopaki też. Anya pozostała z rodzicami i Salomonem.
***
~ OCZAMI TEO~
Noc. Koło drugiej. Wszyscy śpią. Oprócz mnie. Szykuje się właśnie do wyjścia. Bez szelestnie wyśliznąłem się z pokoju i najciszej jak potrafiłem zamknąłem drzwi. Sprytnie Zszedłem po schodach i znajdowałem się przy drzwiach wejściowych. Ciche świętowanie triumfu i .....
- Teo? Dokąd się wybierasz?
- Pani Samanta....- Chciałem zapaść się pod ziemię- Ja? No...Wynieść śmieci przecież!
- O takiej godzinie? Coś mi się nie chcę wierzyć. Zresztą zdolniacha z Ciebie dasz sobie radę. Idź...Gdziekolwiek ruszasz. - Puściła mi oczko a ja przetarłem czoło z ulgą. Normalnie wyszedłem i Skierowałem się w stronę tego cmentarzu. Idąc spotkałem Lucyfera i kilka upadłych. Całe szczęście nikt mnie nie zaczepiał. Mróz tym razem był moim wrogiem za to wiatr sojusznikiem. Dotarłem na miejsce. Jak się tam dostać w naturalny sposób? Skrzydeł nie użyje bo ludzie zobaczą a płot O dziwo jest za wysoki do przeskoczenia. Hymm.. Co robić? Przekopać się? W tej chwili potknąłem się na bramę i była otworzona. Była otworzona! Zabije Any'e. "Tydzień max".Agr! Dobra nie ważne. Powoli Otwarłem bramkę i wydała z siebie skrzyp. Ruszyłem na wycieczkę po miejscu spoczynku. Stanąłem trochę z daleka i zobaczyłem , że ktoś kopie grób , który był moim celem. Litości! Podeszłem swawolnie i chciałem zdzielić osobnika ale ten w momencie odwrócił się w moją stronę.
- A! - Wydała z siebie dźwięk. Był dziewczęcy, twarz zakryta była włosami co spowodowało , że nie potrafiłem rozpoznać twarzy.
- Kim jesteś? - Spytałem patrząc na dziewczynę pytającym wzrokiem.
- Teo? - Dobra, teraz już wiem kto to jest.
- Anya? Co Ty tu robisz?
- No a Ty? Ja próbuje dokopać się do Venus.
- Kiedy Ty? Jak? What the Hell?
- Też coś potrafię. Skradać się. - Uśmiechnęła się do mnie. I zaczęła kopać dalej.
- Kopiesz rękoma?
- Gdybym wzięła łopatę byłabym za głośno. Muszę rękami. Samo życie.
- No czekaj pomogę Ci. - Uklękłem i wziąłem się do roboty. Zapanowała nie zręczna cisza. Szło nam to wolno.
- Masakra - Westchnęła dziewczyna.
- Słuchaj. Może ja to rozpierdole? Ajć! Czasem zapominam ugryźć się w język. Przy damie nie wypada. Wybacz.
- Wy w piekle to wszyscy tacy wychowani? I każdy chłopak jest taki szarmancki? - Spytała.
- Uwierz, nie. - Stanowczo powiedziałem.
- Dobra. Rozwal to. Nie mam już siły kopać. - Odsunęła się od mogiły a ja rozwaliłem zamarzniętą ziemię powodując dziurę w ziemi. Razem z trudem wyciągliśmy trumnę na wierzch i wydobyliśmy Venus.
- Dobra wracajmy. Żeby tylko nikt nas nie zobaczył bo mam dość już skojarzeń. - Ruszyliśmy.
Znów panował nie zręczna cisza. Nienawidzę takich momentów. Czasem zerkaliśmy na siebie ale to rzadko i na krótki czas.
- Emm... Teo... Mogę Cię o coś prosić? - Spytała nie pewnie. Jakby bała się odpowiedzi.
- Jasne.
- Czy będę mogła...Ale tylko przy Lucyferze. Udawać , że Cię podrywam? Tylko żebyś wtedy udawał , że tego nie widzisz. - Szybko zapytała.
- Okey... Ale dlaczego przy Lucyferz?
- Nie mogę powiedzieć. - Spuściła głowę w dół a jej oczy wędrowały za jej butami.
- Nie naciskam. - Nie ukrywam, ciekawi mnie to. Ale no, nie będę nachalny. Nie wypada.
- Znaczy nie , że nie mogę ale się wstydzę...- Włożyła ręce do kieszeni i zwolniła.
- Czy ja na pewno jestem twoim znajomym? - Zapytałem bo nie mogłem wytrzymać.
- Czemu pytasz?
- Bo mam wrażenie , że za dużo mi mówisz. - Spojrzałem na nią i się uśmiechnąłem.
- Nie. Wcale tak nie uważam. Powiedziałam tak wtedy bo.... Tego nie chcę mówić. Uważam , że jesteś moim przyjacielem. W życiu kogoś takiego nie poznałam. - Zciszonym tonem odparła.
- Fajnie to słyszeć. Ale skoro jestem twoim przyjacielem to wiedz , że możesz mi powiedzieć wszystko. Nawet , że Ci się okres spóźnia - Uśmiechnąłem się a Anya zrobiła to samo.
- Bo...Brat Mercy... Próbował mnie dwukrotnie zgwałcić....
- Co? Mówisz poważnie? Ktoś wie?
- Mercy. Dzisiaj idziemy do Salomona. Bo gdy krzyczę on mdleje. Tym się broniłam.
- Rozumiem , że się tego wstydzisz. Ale nie rozumiem czemu on zemdlał.
- Właśnie dlatego idziemy do Salomona. Ale obiecaj , że nie powiesz nikomu! Nawet Jonathanowi. Obiecaj!
- Tak jak to , że już nie będę chciał się zabić? Obiecuje. - Uśmiechnąłem się Łobuzersko.
- Dobra. Ty się teleportnij żeby nie było a ja dojdę...
- Nie zostawię Cię samej w środki lasu! Zwariowałaś chyba?
- No dalej! Poradzę sobie. Jestem dużą dziewczynką.
- A jak znowu dorwie Cię Lucyfer? - Zaniepokoiłem się.
- Dobra. Przez Ciebie nie zasnę. Przy zakręcie do mojego domu pójdę pierwsza. Ty wejdziesz tylnymi drzwiami.
- Okey.
Po piętnastu minutach byłem już z tyłu domu. Wszedłem jak gdyby nigdy nic i poszedłem do pokoju. Krążyła mi po głowie jedna myśl - Spać. Glebłem się w kime i ani atom mnie nie ruszy. Będę spał jak zabity. Choćby świat się walił. Dobra, wtedy spanikuje znając życie.
************
~OCZAMI MERCY~
Obudziły mnie dźwięki dochodzące z korytarza. Boże! Co wy tam robicie. Jest dopiero...O! Jedynasta...Oh, trzeba się ogarnąć.
Wstałam ociężale z łóżka i Odsunęłam zasłony. Małe promyki słońca oślepiały mnie nieco. Podeszłam do szafy i wyciągłam ciuchy. Potem oczywiście udałam się do łazienki, która znajdowała się w pokoju. Umyłam zęby, uczesałam się i ubrałam. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam Teo grającego w hokeja z Jonathanem.
- Aha. Spoko. - Ziewając powiedziałam i wyminęłam ich. Zeszłam do jadalni.
- Dzień dobry śpiąca królewno! - Wesoło zapowiedział Jack.
- Tssa...Dzień dobry. - Wydobyłam z siebie resztę głosu.
- Wyspałaś się? - Zaśmiała się Samanta a ja tylko przecząco pokiwałam głową.
Zobaczyłam , że niesie mi talerz z naleśnikami. Ooo....Tego mi trzeba. Bita śmietana i owoce. Mmm...Pyszota. Zjadłam i posprzątałam po sobie po czym wypiłam kakao.
- Co tak cicho siedzisz? - Wtrącił Salomon.
- Głos straciłam - Powiedziałam zachrypniętym głosem.
- Aaa. Przechodzisz mutacje.
- Nie? To chłopcy ją mają - Klepłam się w czoło i opadłam na stół. Po chwili na dół zbiegł Teo z jakąś kartką w ręce.
- O ! Masz, nie mogłem czekać. Zdobyli...łem tę wskazówke.
- Gratuluję odwagi, i przede wszystkim głupoty! Co Ci strzeliło do głowy?
- Nie ważne. Czytaj lepiej bo zaraz głos stracisz i nic z tego nie będzie. - Usiadł na przeciwko.
- Ehh...:
" Biały dzień, a w dzień upadła karę ponieść musiała. Lecz dobra aura ją uratowała. Pomóc musi demony zgładzić i na swoim miejscu je usadzić.
Ziemia jest matką przy kardynalskim grobie, porost rośnie, a co kryje w sobie? ".
- Dobra, to jest prostsze do zrozumienia. Nie jest nam potrzebna Anya - Prychnął Teo a Jonathan skinął głową , że się zgadza. - Musimy znaleźć nagrobek kardynała , który jest zarośnięty. Super!
- Taki grób może znajdować się wszędzie! Nawet kurde w lesie...- Dodał Jonathan.
- Serio? Nie wiedziałam, weź. Dzięki - Klepłam Go w ramię śmiejąc się przy tym.
- No nie ma za co! - Uśmiechnął się zalotnie i wypowiedział to w sarkaźmie. Poczułam , że moje policzka na oczach wszystkich robią się purpurowe. Ale szybko moje kosmyki włosów opadają na twarz i zakrywają plamy. Odrzchrząkam.
- To może... poczekamy aż Anya wróci pomoże nam zlokalizować ten... Grób? - W końcu taki z niej geograf....He, he. - Podrapałam się po głowie i spojrzałam w sufit.
- No może. A może ogarniecie się i sami poszukacie? - Wygarnął Salomon.
- Eeee. Nie. - Wszyscy powiedzieliśmy chórem.
- A no tak.
Zbulwersowana Wstałam i uderzyłam głową w ścianę i udałam się do łazienki. Źle się czuje. Głowa boli, nie dobrze mi... Gardło drapie i takie tam objawy grypo-stanu. Choroba u osoby z piekła jest męką gorszą niż tatuaż Anioła. Super. Nie będę mogła ruszać na akcję.
Ochlapałam się zimną wodą i Wyszłam z toalety. Z powrotem znalazłam się tam, gdzie reszta. Weszłam chyba w niewłaściwym momencie bo ucichli.
- Kogo obgadywaliście? - Spytałam i poczułam kłócie w sercu z czego jękłam chwytając się za klatkę piersiową.
- Mercy? Wszystko gra? - Zapytał Jack.
- Tak... - Zaczął mnie bardzo boleć brzuch. Masakra. Zaciskałam Powieki z bólu.
- Na pewno?! - Dodał Jonathan.
- No przecież mówię! - Wykrzyczałam. Po chwili upadłam i jeszcze gorzej się poczułam. Teo uklęknął i przyłożył i dłoń do głowy.
- Ona ma ziębiączke! - To Krzyknął Teo kierując się do Salomona.
- A, Złapała Muszczyczke. Dostałem wczoraj, ale ja tego tak nie przeżywam bo miałem już z dziesięć razy. Nic groźnego tylko będzie cierpieć - Za podał Salomon.
- Zaniosę Cię do pokoju. Odpoczniesz trochę. - Uśmiechnął się dnie opiekuńczo kuzyn. Po czym wziął na ręce i odłożył do łóżka.
- Dzięki - Przytuliłam swojego głupiutkiego kuzyna i się pożegnałam.
~OCZAMI TEO~
- Dobra, leży. - Zadowolony z siebie Oznajmiłem.
- Dobry z Ciebie chłopak - Uśmiechnęła się do mnie Samanta. A ja gestem podziękowałem za komplement.
Po chwili do domu wparowała Zdyszana Anya.
- Maaaammmmooo! - Pociągła.
- Jezus! CO? ! - Zachichotała Samanta.
- Tylko nie Jezus! - Zaśmiał się Jonathan.
- Sukienka! Buty! RATUNKU! - Usiadła na krzesło z grymasem na twarzy.
- Aaa - Odparł Jonathan. - Wy ten bal macie!
- Właśnie! - Powiedziała to rozwiązując sznurówki z buta.
- No to pochwal się, który Cię zaprosił? Tu jest taki wybór...- Zaczęła się śmiać matka Any'i a reszta zrobiła to samo.
- Nick.
- Ten Nick? Ooo. Nie tak źle. - Walnął Jonathan. - Cieszysz się?
- No jasne! TYLKO CO JA ZAŁOŻĘ! Nic prócz spodni na mnie ładnie nie leży - Zmartwiła się.
- Ty się przynajmniej cieszysz! U nas bale są okropne. Nikt nie może iść z kim chcę. Normalne osoby tzn. Ludzkie muszą iść z strzygami, demonami, zjawami i tak dalej.... Byłem trzy razy i już nie mam zamiaru. - Dodałem na pocieszenie.
- Ale Teo to jest ziemia! Pokażesz się w czymś w czym już byłaś i do końca liceum nie masz życia! - Krzykła na mnie.
- Jeju no dobra! - Wycofałem się z dalszej konwersacji żeby nie wzniecać ognia. Postanowiłem słuchać co mają do powiedzenia. A więc zaczynamy przedstawienie.
- Kochanie, od wielu lat w naszej rodzinie panują tradycje, jedna z nich polega na przekazywaniu pewnej sukienki z pokolenia na pokolenie. Jest za kolana, do połowy łydek, bordowo-czerwona. Będzie Ci w niej pięknie! Twoja matka wyglądała najlepiej z całej sali! - Zachwycił się Jack.
- Tato, ale ja nie nazywam się Samanta, Georgina Lawrence i nie mam ciemnej cery oraz lekko rudych włosów, i nie mam figury klepsydry! A po za tym, widziałam tą sukienkę i Wogule mi się nie podoba! - Syknąła zdesperowana Anya.
- Miałem się nie odzywać ale słuchać nie mogę - Przerwałem - Myślę , że Any'i będzie ładnie w sukience o kolorach pastelowych. I nie do połowy łydek ale przynajmniej zakrywającą kostki lub, co lepsze - Suknia przed kolana. Stawiam na kolor ècru, pudrowego różu albo, co kompletnie faforyzuje - Liliowy. Genialnie pasuje do jej oczu. Tyle w temacie. - Uśmiechnąłem się na koniec i zamilkłem a reszta patrzyła na mnie z podziwem.
- Zgadzam się z nim w stu procentach! - Powiedział Jonathan - Chłopaku, skąd masz taką wiedzę?
- Wiesz, tysiące lat z laskami w piekle o różnorodnych urodach wystarczą żeby zostać ekspertem - Puściłem mu oczko - A tak na marginesie, mój kolega jest projektantem mody. - Takie rzeczy upadli mają we krwi! Ale to pominę. Nie muszą wiedzieć.
- Po prostu Cię kocham! - Odparła Samanta - Tylko skąd ja wezmę taką suknię?! - Uderzyła mnie ścierką.
- Kochana, mam wiele zdolności. Tyle , że szarych. Ja suknie wyczaruje, Jonathan ją zafarbuje - Pstryknąłem palcami a na sylwetce dziewczyny pojawiła się sukienka , którą dokładnie przed chwilą miałem w głowie. Jonathan ruszył palcem i odzież nabrała
Koloru.
- Łał, dziękuję wam.
- Pozostaje kwestia butów. Ten Nick wysoki czy taki kurdupel jak ja? - Stanowczo powiedziałem.
- No wysoki, aż za bardzo...- Odparła Anya.
- No to szpilki, będzie mu się źle z Tobą tańczyło jak będziesz mieć baleriny. - Na stopach Any'i pojawiły się zwykłe, liliowe, połyskujące buty na wysokim obcasie, ba ! Na szpilkach.
- Oszalałeś? Ja się w tym Zabije! - Przestraszyła się dziewczyna.
- Masz czas żeby się nauczyć. Powodzenia! - Pokazałem jej dwa kciuki w górę i poszedłem do schorowanej kuzynki.
***
Mercy czuję się dobrze, niestety nikt nie może się do niej zbliżać bo się zarazi. Trwa to już trzy dni a my dalej nie szukamy Ziemi... Może tam jest jakaś istotna informacja? Może nie jest to wskazówka lecz normalny tekst? Który powie nam więcej niż ułożone przez kogoś "wierszyki".
Ehh.... Co ja będę robił? Mercy chora, Jonathan ma swoje sprawy a Anya będzie zajęta randkowaniem! Z Salomonem nie mogę poprowadzić zwykłej konwersacji a Jack i Samanta... To nie dla mnie. Może ja też poszukam kogoś do towarzystwa? Chociaż nie... Albo swoi, albo nikt.
Nagle jakby z nikąd usłyszałem szlochanie. Płacz dziewczyny. Wyszedłem z pokoju żeby zobaczyć kto mi moczy drzwi i ku zaskoczeniu zobaczyłem Any'e. Siedziała zgarbiona a twarz kryła w kolanach.
- Hej? Co się dzieje? - Spytałem przenikliwym głosem sześciolatka, kucając przy tym.
- N-N-Nic - Pociągnęła nosem.
- No przecież widzę! Powiesz mi...? - Złagodziłem ton.
- B-bo J-ja n-nie u-umiem chodzić na tych butach ! - Zapłakana dziewczyna podniosła głowę i spojrzała mi w oczy jakby oczekiwała zbawienia.
- Ej! Nie musisz się uczyć na nich chodzić skoro aż tak źle Ci to idzie! Niech Nick przypasuje się do Ciebie a nie Ty do niego. W końcu jesteś damą. - Uśmiechnąłem się pocieszająco, pogłaskałem Any'e po głowie i wstałem.
- Ja z nim nie chcę iść...- Powiedziała nieco ciszej.
- Dlaczego? Ponoć bardzo fajny chłopak.
- Ponoć. - Powtórzyła ironicznie a ja
Spojrzałem pytająco - Nie ważne....
Nie diciekając do sedna sprawy zszedłem na dół gdzie rozpoczynał się posiłek. Danie jednogarnkowe - Gulasz warzywny.
Trwała kłótnia , że sami chłopi przy stole a tu taki biedny obiad. Samanta jednak skierowała się z prośbą do mężczyzn , żeby się uspokoili bo damy też czasem muszą zjeść coś, co odpowiada jej tali bądź diecie. Zszokowany sprawą usiadłem do stołu i nawet nie pisnąłem słówkiem.
Jonathan siedzący na przeciwko spojrzał na mnie żenująco po czym wstał i dosunął hałaśliwie krzesło żeby ludzie w tym pomieszczeniu trochę się ogarnęli.
- Jonathan! Zjadłeś chociaż? - Szybko spytała Samanta.
- Pani wybaczy. Nie jestem głodny. - Po wypowiedzeniu tych słów udał się na górę. Kobieta tylko stała wgapiona w odchodzącego chłopaka.
~OCZAMI MERCY~
Choroba jest naprawdę upierdliwa i nie daje mi spokoju. Ehh... Możemy leczyć rany, ale chorób i spraw sercowych nie. To głupie. Tak samo jak chemia.
Jest mi strasznie gorąco ale muszę leżeć przykryta kołdrą aby się wypocić chociaż już jestem spocona. Mam straszny kaszel i katar. Kłócie w sercu, chrype i zawroty głowy. Do tego wszystkiego dochodzi ból głowy i inne uboczne objawy. Dobrze , że nie zbiera mnie na wymioty. Usłyszałam pukanie do drzwi.
-P-proszę...- Wymamrotałam.
Chłopak otworzył drzwi i pobladł.
- Jeju, serio z Tobą źle. Opóźnia nas twoja choroba - Stwierdził. Włożył ręce do kieszeni w spodniach i oparł się o ścianę.
- Dzięki za pocieszenie - Odparłam ironicznie na co on uśmiechnął się również z ironią. - Idźcie beze mnie.
- Żartujesz? We dwójkę nie damy rady!
- A Anya?
- Przecież ona nie potrafi walczyć. Jak nas coś zaatakuje? Nie...- Prychnął i spojrzał w dół. W takiej pozycji wyglądał bardzo dobrze. Wręcz przystojnie. Zaczynam postrzegać chłopaków jako mężczyzn a nie słodkich lalusiów.
- No fakt. Sorry, nie czuję się najlepiej.
- Zauważyłem - Zaśmiał się - Mógłbym Ci pomóc. - Szczerze powiedział.
- To pomóż... - Skrzywiłam się i zakryłam bardziej.
- Mógłbym, nie znaczy , że mogę. Moja pomoc jest nie korzysta i nie stosowna. Dlatego zastosuje ją dopiero w nagłym przypadku - Póścił mi oczko.
- Nie mam pojęcia o czym nadajesz. - Eee.... Co? - Lepiej idź bo się zarazisz.
- Wyrzucasz mnie? Hej! Jestem odporny! Na wszystko! - Zadeklarował.
- Na miłość też?
- Też. - Powiedział i wyszedł jak gdyby nigdy nic.
**************************
No cześć kochani! Witam was po długiej przerwie - brak weny.
Rozdział jak zwykle powikłany. Misz-masz.
Nicole♥
piątek, 30 października 2015
Rozdział ósmy.
Nudne, pochmurne popołudnie i my.
My grający w gry planszowe, my gadający o duperelach i my ciężko wzdychający. My narzekający na dosłownie wszystko, my obrazujący dosłownie każdego i my słuchający fałszywych informacji z telewizji.
Rzekła bym raczej , że dziś mamy lenia. Zapowiadało się tak pięknie ale przyszła ta cholerna ulewa i zrobiło się szaro. Teraz tylko trochę pokrapuje ale ogólnie nie lubię deszczu. Salomon siedzi ciężko obrażony na cały świat, Lucyfer dumnie gapi się w lustro, Jack czyta gazetę , Samanta przewija kanały, Jonathan coś oblicza, Anya patrzy się na Teo , który patrzy się w okno a ja obserwuje sytuacje.
- Teo, kiedy zaczniecie ćwiczyć? Nie ma dużo czasu. - Oznajmił Lucyfer.
- Teraz nie ma pogody. - Syknął.
- Kto powiedział , że musisz uczyć ją tylko walczyć? Opanuj z nią podstawy demonów i tak dalej. No już! Na co czekasz? - Zadowolony z siebie. Nie wiem co się tak cieszy. Niczego nie dokonał. Zaczynam się Go bać.
- Jezu.... Chodź. - Mój kuzyn dawał do zrozumienia , że nie ma na to ochoty.
- Nie musimy jak nie chcesz....- Dodała cicho Anya.
- Oj musicie, musicie. Wogule się nie znacie. - Wtrącił szybko Salomon.
Oboje poszli na górę. Jaki Dżentelmen, poszli a Teo wszedł na górę przepuszczając Any'e na schodach.
- Idę do pracowni. Może wykombinuje na jakim cmentarzu leży nasza wskazówka. - Powiedział Jack.
- Ja idę dziergać. - Wstała Samanta i skierowała się do kuchni.
- Ja sobie porozmawiać muszę z Jonathanem - Uśmiechnął się Lucyfer.
Salomon uniósł dwa razy brwi do góry a ja się zaśmiałam pod nosem.
~OCZAMI TEO~
- To jest Anafaltus, nie jest groźny chyba , że mu coś zrobisz ale to chyba logiczne. Ten to Faduktu. Nie trawie gościa, krzywo spojrzysz i masz przerąbane. Tamto to.... Słuchasz mnie Wogule? - Spytałem widząc jak dziewczyna bawi się kosmykiem włosów i lekko uśmiecha.
- Ciebie się nie da nie słuchać. Kocham sposób w jaki mówisz. - Dalej patrząc w ścianę mówiła. Uśmiechnąłem się w duchu. Złagodziło to nieco "znajomego".
- Dobra. To są podstawy. Może teraz broń?
- Nie chcę.
- Magia?
- Eeee - Zaprzeczyła.
- Historia piekła ?!
- Może teraz odstawimy naukę i porozmawiamy o sobie? - Skierowała swój wzrok na moją twarz co mnie na chwilę sparaliżowało.
- Co masz na myśli? - Zrobiłem wielkie oczy i zciszyłem ton.
- No nie wiem. O Tobie Wiem trochę ale tak na boku, jaki jesteś? - Spytała innym głosem niż zwykle, bardziej melodyjnym.
- Eeee. Zależy od sytuacji.
- Takie czary. Co.... Byś zrobił gdybyś musiał spędzić jedną noc w pokoju ze mną a byłoby jedno łóżko? - Szybko zapytała i oczekiwała odpowiedzi. - Bo ja bym kazała Ci kochać się z dywanem - Wyszczerzyła zęby.
- Tyle , że ja bym nie spał.
- Taa? A co byś robił? - Dalej uśmiechając się Anya z każdym zdaniem przybliżała się głową do mnie.
- Patrzał jak śpisz. - Uśmiechnąłem się i pokazałem język. - Tylko Przy mnie się tak otwierasz?
- Wiesz....Chyba tak....- Zakłopotała się i spuścił głowę w dół.
- Cieszę się. - Odpowiedziałem schylając się tak by widziała moją twarz tym samym rozbawiając dziewczynę. - Dlaczego nie może uczyć Cię Mercy? Lepiej by sobie poradziła - Stwierdziłem wkładając ciastko do ust.
- Nie chcesz mnie uczyć? - Zadziornie ruszyła dłonią także Jedząc ciastko.
- Coś mi się zdaje , że nie idzie mi najlepiej - Uśmiechnąłem się tym razem do niej.
- A mi , że tak.
Oboje zaczęliśmy się śmiać. Oczywiście nie za głośno. - Ty też masz skrzydła?
- No mam. - I znów te iskierki w zielonych oczach Any'i.
- Pokażesz? - Podskoczyła.
- Ale one brzydkie są ! - Ledwie dało się mnie zrozumieć bo połykałem łakocie.
- Proszę Cię - Położyła swoje dłonie na mojej klatce piersiowej.
- O ja. No dobła. - Zakryłem twarz dłońmi i rozpostarłem swe skrzydła.
Czekam i nic. Cisza.
W końcu powoli odsłaniam oczy - Co Ty robisz? - Widzę dziewczynę , która w ustach miała gumkę do mazania a rękoma mnie szkicowała.
- Rysuje Cię. - Skupiona odparła.
Po upływie dwudziestu minut byłem gotowy. - Muszę tylko dobrze pocieniować.
- Łał.. Piękne. Szacun - Pokazałem jej kciuk i pokiwałem głową na znak , że mi się podoba. Jak zdjęcie. Profeska.
- Trochę już tu siedzimy. Może czas się ruszyć z tego pokoju?
- A no tak. Masz rację. - Otwarłem jej drzwi. - Nie są takie złe?
- Mój ulubiony odcień szarości - Posłała mi uśmiech i zeszliśmy na dół. I znów te oczy wszystkich. Masakra. No ale cóż, dla niektórych takie rzeczy są dziwne. Co ja na to poradzę?
Gdy już chciałem siadać na sofę wybiegł Jack.
- Mam! Mam ten cmentarz. Jest na Truewitch. Idźcie. - Zdyszany trzymał kartkę z adresem.
- Co jak nas złapią? - Zadała pytanie Mercy.
- Nie złapią. Pójdzie z wami Anya. - Wtrącił Lucyfer. Anya spojrzała na mnie ze strachem w oczach.
- Lucek! Zwariowałeś? ! To moja córka!
- A ona to moja siostra! Tam jest mój kuzyn i nie robię z tego afery.
- Ona nie potrafi się obronić! Nie uczyłem jej tego! - Dodałem bacznie przyglądając się sytuacji i widząc zaniepokojenie ze strony reszty.
- Od czego Ty jesteś? - Z pretensją powiedział Salomon.
- Przepraszam bardzo ale dowiedziałem się o tym wczoraj i kurde ni jestem zobowiązany do niańczenia Any'i a po za tym nie powinna ruszać na takie akcje. - Wkurzyłem się bo prawdę mówiąc Anya trzęsła się niemiłosiernie ale oczywiście kochany pan piekła tak chcę.
- Czegoś tu nie rozumiem- Odezwał się Jonathan. - Co nam da to, że Anya z nami pójdzie? - Właśnie....
- Otóż niedouczone dzieci, Anya jest tarczą. Gdziekolwiek z nią pójdziesz żaden Anioł, demon itp. Was nie mogą zlokalizować. Chyba , że trafią na was przypadkiem. - Z kpiną odpowiedział Salomon.
Długo nie ogarnięci Staliśmy ale po pewnym czasie ubrałem kurtkę jak reszta a gdy miałem wychodzić Samanta mnie zaczepiła.
- Teo..- Trzymiąc mnie za ramię mówiła- Proszę Cię, nie daj jej umrzeć.
- Postaram się.
Śnieg padał jak oszalały. Ledwo brnąłem przez te śnieżyce z czasem zatrzymując się by poczekać na Any'e. Szliśmy a do cmentarza daleko. Na szczęście nie było mi zimno. W końcu ujrzałem Jonathana otwierającego bramkę i się ucieszyłem. Byliśmy na miejscu. Po godzinach szukania grobu znaleźliśmy Go i razem z Jonathanem musieliśmy odkopywać trumnę bo oczywiście dziewczyną się nie chciało.
- Ta ziemia jest za twarda! - Syknął Jonathan.
- E, e. Mów za siebie. - Zaśmiałem się.
- Jak nie umiesz kopać? Twój problem!- Dodała Mercy.
- Dobra ja już doszłem - Oznajmiłem nie myśląc nad tym co właśnie powiedziałem. Spostrzegłem , że dziwnie to zabrzmiało dopiero gdy reszta miała beke. - Zboczeńcy.
- Ja też już skończyłem.
- Dobra fajnie czekam na kartkę.
- Dawaj Leszczu - Powiedział Jonathan. Wkurzyłem się i puściłem trumnę.
- No dawaj - Zakpiłem.
- Ha Ha Ha. Bardzo śmieszne. Lepiej weź się do roboty bo nie mamy całego dnia - Burknął a ja Posłałem mu pyskaty uśmieszek. Z drobnymi komplikacjami wyciągnęliśmy pochówek na glebę.
- Fajnie tylko , że trumna jest zamknięta na trzy kłódki. - Skierowałem słowa do kuzynki.
- Takie chojraki z was a rozpierdzielić tego nie potraficie? - Prychnęła uderzając pięścią w zamki i rozwalając je.
- Mercy! - Zwrócił uwagę Jonathan. - Szanuj trochę zmarłych.
- Tylko , że tu nikt nie jest pochowany. To trumna przechowująca informacje. Niczym komnaty do , których otworzenia Anya jest potrzebna.
- Dobra czytaj ten tekst źródłowy wyciągnięty z podręcznika do historii.
- On Teo nie jest z podręcznika - Spojrzała na mnie z zażenowaniem. - No to jedziemy z tym koksem :
" Gdy Anioł w księżycową noc swe skrzydła stracił w upadłego się przeinaczył. W ten tarcza na świat przyjść musiał by tajemnicy Anioła dopilnowała. Gdy w szereg planety się ułożą to demony trzy swój plan ułożą. Potężne dwa wymiary mocy będą musiały żyć wspólnie tej nocy. By swe połączyły siły wysłano strażnika z piekła do niemi.
Szukaj a znajdziesz pod pomnikiem śmierci co kosą nadzoruje grób świętej pamięci".
- Nie rozumiem. - Dodałem.
- Ja też nie - Pokiwała głową Mercy. - Może Ty literacki mistrzu?
- Nie mam bladego pojęcia o co chodzi. Wiem tyle , że jest mowa o twojej mamie, Any'i i Teo.
- Kurcze! Tekst mówi nam od czego się to zaczęło! Musimy znaleźć następną wskazówke żeby dowiedzieć się gdzie leżą pozostałe sześć. - Anya zabłysnęła
- Dlaczego sześć? - Miałem zapytać o to samo ale mój 'kolega" mnie wyprzedził.
- Nie widzicie w tym sensu? My jesteśmy słońcem. W układzie słonecznym jest osiem planet. List ma kolor Merkurego, następny będzie w barwach Venus - Przynajmniej tak zakładam. Gdy znajdziemy Venus pozostanie tylko sześć planet. Chyba , że przy Neptunie dostaniemy dodatkową wiadomość żeby znaleźć dziewiątą planetę , która nie jest już w układzie bodajże od 2006 roku. Pluton będzie dodatkiem , który ułatwi nam dowiedzenie się kiedy nastąpi dzień Trzech Demonów.
- Wow. Nie wpadł bym na to. Ale gdzie szukać Venus? - Powiedziałem.
- Nie wiem, może na jakimś cmentarzu? - Odparła z sarkazmem. - Wnioskuję , że to cmentarz na Nighthell. Tylko tam znajduje się taki pomnik.
- Co masz z geografii? - Spytał Jonathan.
- Piątkę, nie ważne z resztą. Jest problem bo cmentarz czynny będzie dopiero za kilka dni. Szacuje , że tydzień max.
- Świetnie! Zabierajmy się do domu.
- A to wykopalisko? - Za rzuciłem.
- Zostaw to , jeszcze nas pozwą o beszczeszczenie miejsca spoczynku.
- Wy zawsze zrobicie bałagan a jak przyjdzie co do czego to wynika , że ja mam kłopoty. - Powiedziałem sam do siebie ruszając za resztą.
Po dotarciu czekała na nas gorąca czekolada i sylwetka postaci dobrze mi znanej. Siedziała obok Lucyfera. Pani Ramona. Najgorsza nauczycielka tajników wymiaru P w historii.
- Pani Glassgow ! - Razem z Mercy powiedzieliśmy chórem.
- Tak też się cieszę. Mam dla was wyniki z testu końcowego. Teo jak zwykle ta sama ocena Mercy również. To ja lecę- Znikła.
- Jest! Udało się !
- Mi też! - Krzykłem.
- Co dostaliście ? - Spytała Anya.
- Ja N - Radośnie powiedziała Mercy.
- A ja T!
- Po ludzku proszę? - Wszyscy patrzyli na nas jak na ufo.
- Mercy dostała N czyli Nieuk a ja T czyli The Best! Czyli ona 2 a ja 5. Z daliśmy!
Rozweseleni rozeszliśmy się do pokojów. Ciągle miałem wlepione oczy w sześcio stronowy test i miałem zaciesz jak z nowego miecza. W prawdzie zawsze dostaje taką ocenę ale jest motywacja. Dostałeś piątkę? To musisz ciągle ją dostawać. Dobra koniec zarywania do kartki papieru. Idę się umyć.
********
- Do diaska skończ mi truć głowę! Nie i koniec. Myślisz , że my nic nie potrafimy? To się grubo mylisz.
- Nie rozumiecie , że wasza córka jest kim jest i nic tego nie zmieni? Albo piekło, albo Niebo. Wybieracie czy mam jej sam zapytać?
- Ona woli ziemię!
Taką rozmowę usłyszałem schodząc do jadalni rano.
- O co chodzi? - Spytałem przeczesując włosy.
- Teo. Jak dobrze , że Cię widzę. Uświadom tym ludziom , że Anya musi przenieść się do któregoś wymiaru! Najlepiej do piekła bo tam jest Mercy!
- Lucek? Salomon Cię czasami porządnie nie uderzył laską w głowę? Nie musi, nigdzie nie ma tak napisane. Pytałem nawet Salomona i Jonathana. - Rodzice dziewczyny patrząc na mniej przyznali mi rację kiwając głową.
- Chłopak ma rację- Dołączył się Salomon. - Lucyfer na siłę próbuje wam to wmówić bo wyraźnie wasza córka wpadła mu w oko. - W tym momencie zacząłem się śmiać.
- O co Ci chodzi? - Syknął brat Mercy.
- Za stary jesteś.
- A Ty za młody!
- Ale ja do niej nie uderzam. - Zacząłem się śmiać mieszając herbatę. A Lucyfer skompromitowany patrzył na mnie błagającym spojrzeniem w stylu : Nie poniżaj mnie tak proszę.....
- Moja córka nie gustuje w... W czymś takim. Już prędzej by na Salomona poleciała. - Do waliła Samanta.
Po chwili u progu drzwi pojawiła się Mercy.
- Hey.
- Dzień dobry - Powiedziałem śmiejąc się razem z Salomonem i Jackiem.
- Czego lejecie? - Uśmiechnęła się.
- Twojemu braciszkowi marzy się upojna noc z Any'ą.
Mercy tylko chrząkła i dołączyła do grona śmieszków. Serio? Czy on sądził , że taki odrażający typ, będzie miał szansę u takiej dziewczyny? Dobra, może i patrzy na wnętrze ale sam wygląd odstrasza. Wątpię w ich miłość. Jest o dużo starszy i.... Nie ważne. Dwa dni temu znaleźliśmy Merkurego, musimy jeszcze czekać pięć dni do otwarcia cmentarza a przecież wtedy jest Halloween. A gdyby tak....W kraść się tam? Ale gdy o tym powiem reszcie to od razu mnie wyśmieją i powiedzą , że oszalałem. Ale kiedy chcą dostać tą wskazówke skoro będzie tam pełno ludzi? Trzeba będzie iść samemu. Najlepiej pod osłoną nocy.
~OCZAMI MERCY~
- Chodź bracie. Musimy sobie porozmawiać. - Skierowałam głowę w stronę Lucka - No! Na co czekasz? - Poszliśmy do ogrodu bo nie chciałam , żeby ktoś słyszał naszą rozmowę. Stanęliśmy na przeciwko siebie.
- No co? - Spytał udawając , że nie wie o co mi chodzi
- Jak co? Ogarnij się! - Wykrzyczałam.
- Nie rozumiem o co ci chodzi? - Za niepokoił się.
- Nie nie wiesz? O jaka szkoda? Dostałeś amnezji? Co to ma wszystko znaczyć? Wymyślasz jakieś historię żeby zaciągnąć Any'e do piekła! Na głowę upadłeś?
- Nie mam bladego pojęcia w czym widzisz problem? Ty się nigdy nie zakochałaś? !
- Owszem, ale w kategorii MOJEGO wieku! Jesteś za stary to po pierwsze a po drugie skrzywdził byś ją! - Machałam rękami we wszystkie strony.
- Niby jak?!
- Ona jest durniu dziewicą! - Przyłożyłam rękę do ust i Spostrzegłam , że ludzie dookoła się gapią.
- No to by już nie była! - Parchnął.
- Odwal się od niej! Sądzisz , że swój pierwszy raz chciałby przeżyć w PIEKLE z TOBĄ? Coś mi się nie wydaje. - Odparłam z zażenowaniem bratem.
- Co Cię to gówno obchodzi? Jakoś Ty sobie możesz flirtować z ARCHANIOŁEM i jest dobrze?! Zabił by Cię a Ty dla niego ocean przepłyniesz!
- Jesteś potworem! Gdyby nie On to bym właśnie nie żyła! Gdyby nie on to bym sobie nie poradziła! Wybaczył mi po tym co mu zrobiłam! - Poleciała mi Łza z oka. Nie mogłam uwierzyć w to co mówi Lucyfer.
- Skończmy tę daremną dyskusję. Tak czy siak wydziewiczę ją ja, kiedy będę chciał, jak będę chciał i czy jej się będzie to podobać czy nie, zostanie moją żoną. - Powiedział.
- Wiesz co?! Brzydzę się Tobą! I ona też! Jesteś cyniczny! Potworny dosłownie, obrzydliwy i egoistyczny! Ty pieprzony draniu! Gdyby Ojciec żył nie byłbyś taki do przodu!
- Jak śmieszne mieszać w to ojca?! - Szybkim trafnym uderzeniem dostałam w twarz. Dostałam nie byle jak jednak dzisiaj nie miałam na Tyle sił by, przeciwstawić się temu czemuś. Bolało jak Cholera. Jak dostaniesz taką łapą z takimi pazurami.... Przewróciło mi się w głowie. Usłyszałam głos Jonathana.
- Ej! - Tobie się nie pomyliło? Chcesz zaraz dostaniesz tak samo tylko z zdwojoną siłą! - Krzywo na niego spojrzał mijając Go w progu i podszedł do mnie. - Wszystko gra?
- Tak...- Odpowiedziałam trzymając się za policzko.
- Chodź....- Powiedział cicho obejmując mnie. Weszliśmy do domu.
- Co Ci się stało? - Zapytał czule Teo.
- A jak myślisz? - Zakpił Lucyfer - Uderzył ją pewnie!
- Co?!- Krzyknął Teo równocześnie z Jackiem.
- Nie no teraz to już przesadziłeś ! - Wkurzony Jonathan podchodząc do mojego brata wyciągnął Archanielski nóż z kieszeni a gdy znajdował się przy Lucyferze przyłożył Go do gardła potwora - Nie będziesz tu kłamał w żywe oczy! I nie będziesz bić kobiet czy też dziewczyn oraz dzieci! A tak przy okazji, ładny mam TATUAŻ? ! - Zapytał Jonathan pokazując mu rękę ze znakiem nieba. Postacie z piekła cierpią na ten widok.
- Jonathan! Zostaw...- Krzyknęłam. - To bez sensu...
- Jeszcze raz. Zniszcze Cię śmieciu..- Gdy już odchodził od ofiary to Lucek oczywiście musiał dodać : " Dupek " Po czym zaczął się śmiać. Chłopak był zbyt nabuzowany żeby tego nie zrobić ale wyglądało to przepięknie. Jonathana przewrócił oczami, odwrócił się w stronę Lucyfera i porządnie Go uderzył tak , że ten wypluł zęby razem z krwią. Po wszystkim poszedł na górę a ja za nim. Za mną szedł Teo , który ma po prostu genialny refleks i w oka mgnieniu swoim mieczem odciął ogon mojemu bratu.
- UPS! Coś mi broń dzisiaj odmawia posłuszeństwa. - Rzekł a Lucyfer wydał z siebie długi, głośny jęk a potem wyleciał przez okno.
Po zachwycie chłopakami namalował mi się banan na ryju.
- Podobacie mi się tacy - Póściłam im oczko i Zadziornie się Uśmiechnęłam a oni zrobili to samo. Weszłam do pokoju a Anya odskoczyła na mój widok.
- Twarz jak po tajfunie ale uśmiechnięta! Co się stało? - Te ostatnie słowa powiedziała już normalnie.
- Brat.
- Co?! Lucyfer? Nie wierzę. - Złapała się za głowę.
- Ale już wszystko w porządku. Chłopaki mu oddali. Jonathan pozbawił Go zębów a ten jego krzyk to przez Teo , odciął mu ogon - Zmartwiło mnie to , że Anya się przejęła. Czy ona coś do tego czegoś poczuła? - Wyglądali wtedy bosko.
- Ta? Szkoda , że tego nie widziałam !- Zaśmiała się.
- Muszę Cię o coś spytać...- Spojrzałam w podłogę i zacisnęłam wargi.
- Słucham....?- Usiadła na łóżku.
- Czy.... - Przełknęłam ślinę- Czy. .Ty... Znaczy Tobie, znaczy Ty.....kochasz mojego.... Brata? - Bałam się odpowiedzi nie chciałam jej znać ale musiałam.
- Oszalałaś? Nigdy nie obdarzyła bym uczuciem czegoś takiego. Nie jest wart nawet uwagi. Po tym co chciał mi zrobić? W życiu.
- Ona próbował Ci coś zrobić?! - Wtedy na prawdę się Zaniepokoiłam.
- Pamiętasz jak wtedy szybko Weszłam do domu po powrocie ze szkoły? - Przytaknęłam - W takim tempie Weszłam ponieważ , wracałam na skróty drogą przez lasek. Spotkałam Go tam i na początku normalnie rozmawiał ze mną ale potem chwycił za nadgarstek i zaciągnął pod drzewo. Próbował mnie rozebrać - zgwałcić. Zaczęłam krzyczeć i wtedy on zemdlał. Po prostu. Zaczęłam więc biec a po wejściu do domu powiedziałam , że miałam wycisk na wufie i , że jest mi gorąco dlatego trzymam kurtkę w ręce bo mama mnie wypytywała. - Zciszonym tonem odpowiedział.
- Dlaczego nie mówiłaś wcześniej? - Szybko spytałam.
- Bo wieczorem znów mnie zaczepił i powiedział , że jak komuś powiem to mnie zabije. Ja Odparłam "Ehem" a on zaczął mnie macać. Pomyślałam , że znowu krzykne i tak też zrobiłam. Ponownie padł na ziemię.
- Nie wiem dlaczego tak się stało ale wiem tyle , że jutro zgłosimy to Salomonowi. On będzie wiedział co robić. Do tego czasu przebywaj tylko z kimś a jeżeli będzie chciał pogadać to mów , że możesz rozmawiać tu. Zależy gdzie będziesz się znajdować. Nie możesz być sama. Pamiętaj.
Teraz Chodźmy na dół jak gdyby nigdy nic i siedźmy jak zawsze.
- A jak się będą pytać czemu się tak ich uczepiłam?
- Opiekunom nic nie powiem ale Teo i Jonathanowi tak delikatnie to wytłumaczę.
- Nie! Nie chcę żeby wiedzieli.
- Okey.
Zaskoczyłam rozmowę z Any'ą i zeszłyśmy na dół do Samanta, Jacka i Salomona. Jutro trzeba to ogarnąć.
*****************
Kolejny rozdział! Nagły zwrot akcji i afera :D Spodziewał się ktoś? Bo ja nie :*
Buziaki !
Nicole ♥
My grający w gry planszowe, my gadający o duperelach i my ciężko wzdychający. My narzekający na dosłownie wszystko, my obrazujący dosłownie każdego i my słuchający fałszywych informacji z telewizji.
Rzekła bym raczej , że dziś mamy lenia. Zapowiadało się tak pięknie ale przyszła ta cholerna ulewa i zrobiło się szaro. Teraz tylko trochę pokrapuje ale ogólnie nie lubię deszczu. Salomon siedzi ciężko obrażony na cały świat, Lucyfer dumnie gapi się w lustro, Jack czyta gazetę , Samanta przewija kanały, Jonathan coś oblicza, Anya patrzy się na Teo , który patrzy się w okno a ja obserwuje sytuacje.
- Teo, kiedy zaczniecie ćwiczyć? Nie ma dużo czasu. - Oznajmił Lucyfer.
- Teraz nie ma pogody. - Syknął.
- Kto powiedział , że musisz uczyć ją tylko walczyć? Opanuj z nią podstawy demonów i tak dalej. No już! Na co czekasz? - Zadowolony z siebie. Nie wiem co się tak cieszy. Niczego nie dokonał. Zaczynam się Go bać.
- Jezu.... Chodź. - Mój kuzyn dawał do zrozumienia , że nie ma na to ochoty.
- Nie musimy jak nie chcesz....- Dodała cicho Anya.
- Oj musicie, musicie. Wogule się nie znacie. - Wtrącił szybko Salomon.
Oboje poszli na górę. Jaki Dżentelmen, poszli a Teo wszedł na górę przepuszczając Any'e na schodach.
- Idę do pracowni. Może wykombinuje na jakim cmentarzu leży nasza wskazówka. - Powiedział Jack.
- Ja idę dziergać. - Wstała Samanta i skierowała się do kuchni.
- Ja sobie porozmawiać muszę z Jonathanem - Uśmiechnął się Lucyfer.
Salomon uniósł dwa razy brwi do góry a ja się zaśmiałam pod nosem.
~OCZAMI TEO~
- To jest Anafaltus, nie jest groźny chyba , że mu coś zrobisz ale to chyba logiczne. Ten to Faduktu. Nie trawie gościa, krzywo spojrzysz i masz przerąbane. Tamto to.... Słuchasz mnie Wogule? - Spytałem widząc jak dziewczyna bawi się kosmykiem włosów i lekko uśmiecha.
- Ciebie się nie da nie słuchać. Kocham sposób w jaki mówisz. - Dalej patrząc w ścianę mówiła. Uśmiechnąłem się w duchu. Złagodziło to nieco "znajomego".
- Dobra. To są podstawy. Może teraz broń?
- Nie chcę.
- Magia?
- Eeee - Zaprzeczyła.
- Historia piekła ?!
- Może teraz odstawimy naukę i porozmawiamy o sobie? - Skierowała swój wzrok na moją twarz co mnie na chwilę sparaliżowało.
- Co masz na myśli? - Zrobiłem wielkie oczy i zciszyłem ton.
- No nie wiem. O Tobie Wiem trochę ale tak na boku, jaki jesteś? - Spytała innym głosem niż zwykle, bardziej melodyjnym.
- Eeee. Zależy od sytuacji.
- Takie czary. Co.... Byś zrobił gdybyś musiał spędzić jedną noc w pokoju ze mną a byłoby jedno łóżko? - Szybko zapytała i oczekiwała odpowiedzi. - Bo ja bym kazała Ci kochać się z dywanem - Wyszczerzyła zęby.
- Tyle , że ja bym nie spał.
- Taa? A co byś robił? - Dalej uśmiechając się Anya z każdym zdaniem przybliżała się głową do mnie.
- Patrzał jak śpisz. - Uśmiechnąłem się i pokazałem język. - Tylko Przy mnie się tak otwierasz?
- Wiesz....Chyba tak....- Zakłopotała się i spuścił głowę w dół.
- Cieszę się. - Odpowiedziałem schylając się tak by widziała moją twarz tym samym rozbawiając dziewczynę. - Dlaczego nie może uczyć Cię Mercy? Lepiej by sobie poradziła - Stwierdziłem wkładając ciastko do ust.
- Nie chcesz mnie uczyć? - Zadziornie ruszyła dłonią także Jedząc ciastko.
- Coś mi się zdaje , że nie idzie mi najlepiej - Uśmiechnąłem się tym razem do niej.
- A mi , że tak.
Oboje zaczęliśmy się śmiać. Oczywiście nie za głośno. - Ty też masz skrzydła?
- No mam. - I znów te iskierki w zielonych oczach Any'i.
- Pokażesz? - Podskoczyła.
- Ale one brzydkie są ! - Ledwie dało się mnie zrozumieć bo połykałem łakocie.
- Proszę Cię - Położyła swoje dłonie na mojej klatce piersiowej.
- O ja. No dobła. - Zakryłem twarz dłońmi i rozpostarłem swe skrzydła.
Czekam i nic. Cisza.
W końcu powoli odsłaniam oczy - Co Ty robisz? - Widzę dziewczynę , która w ustach miała gumkę do mazania a rękoma mnie szkicowała.
- Rysuje Cię. - Skupiona odparła.
Po upływie dwudziestu minut byłem gotowy. - Muszę tylko dobrze pocieniować.
- Łał.. Piękne. Szacun - Pokazałem jej kciuk i pokiwałem głową na znak , że mi się podoba. Jak zdjęcie. Profeska.
- Trochę już tu siedzimy. Może czas się ruszyć z tego pokoju?
- A no tak. Masz rację. - Otwarłem jej drzwi. - Nie są takie złe?
- Mój ulubiony odcień szarości - Posłała mi uśmiech i zeszliśmy na dół. I znów te oczy wszystkich. Masakra. No ale cóż, dla niektórych takie rzeczy są dziwne. Co ja na to poradzę?
Gdy już chciałem siadać na sofę wybiegł Jack.
- Mam! Mam ten cmentarz. Jest na Truewitch. Idźcie. - Zdyszany trzymał kartkę z adresem.
- Co jak nas złapią? - Zadała pytanie Mercy.
- Nie złapią. Pójdzie z wami Anya. - Wtrącił Lucyfer. Anya spojrzała na mnie ze strachem w oczach.
- Lucek! Zwariowałeś? ! To moja córka!
- A ona to moja siostra! Tam jest mój kuzyn i nie robię z tego afery.
- Ona nie potrafi się obronić! Nie uczyłem jej tego! - Dodałem bacznie przyglądając się sytuacji i widząc zaniepokojenie ze strony reszty.
- Od czego Ty jesteś? - Z pretensją powiedział Salomon.
- Przepraszam bardzo ale dowiedziałem się o tym wczoraj i kurde ni jestem zobowiązany do niańczenia Any'i a po za tym nie powinna ruszać na takie akcje. - Wkurzyłem się bo prawdę mówiąc Anya trzęsła się niemiłosiernie ale oczywiście kochany pan piekła tak chcę.
- Czegoś tu nie rozumiem- Odezwał się Jonathan. - Co nam da to, że Anya z nami pójdzie? - Właśnie....
- Otóż niedouczone dzieci, Anya jest tarczą. Gdziekolwiek z nią pójdziesz żaden Anioł, demon itp. Was nie mogą zlokalizować. Chyba , że trafią na was przypadkiem. - Z kpiną odpowiedział Salomon.
Długo nie ogarnięci Staliśmy ale po pewnym czasie ubrałem kurtkę jak reszta a gdy miałem wychodzić Samanta mnie zaczepiła.
- Teo..- Trzymiąc mnie za ramię mówiła- Proszę Cię, nie daj jej umrzeć.
- Postaram się.
Śnieg padał jak oszalały. Ledwo brnąłem przez te śnieżyce z czasem zatrzymując się by poczekać na Any'e. Szliśmy a do cmentarza daleko. Na szczęście nie było mi zimno. W końcu ujrzałem Jonathana otwierającego bramkę i się ucieszyłem. Byliśmy na miejscu. Po godzinach szukania grobu znaleźliśmy Go i razem z Jonathanem musieliśmy odkopywać trumnę bo oczywiście dziewczyną się nie chciało.
- Ta ziemia jest za twarda! - Syknął Jonathan.
- E, e. Mów za siebie. - Zaśmiałem się.
- Jak nie umiesz kopać? Twój problem!- Dodała Mercy.
- Dobra ja już doszłem - Oznajmiłem nie myśląc nad tym co właśnie powiedziałem. Spostrzegłem , że dziwnie to zabrzmiało dopiero gdy reszta miała beke. - Zboczeńcy.
- Ja też już skończyłem.
- Dobra fajnie czekam na kartkę.
- Dawaj Leszczu - Powiedział Jonathan. Wkurzyłem się i puściłem trumnę.
- No dawaj - Zakpiłem.
- Ha Ha Ha. Bardzo śmieszne. Lepiej weź się do roboty bo nie mamy całego dnia - Burknął a ja Posłałem mu pyskaty uśmieszek. Z drobnymi komplikacjami wyciągnęliśmy pochówek na glebę.
- Fajnie tylko , że trumna jest zamknięta na trzy kłódki. - Skierowałem słowa do kuzynki.
- Takie chojraki z was a rozpierdzielić tego nie potraficie? - Prychnęła uderzając pięścią w zamki i rozwalając je.
- Mercy! - Zwrócił uwagę Jonathan. - Szanuj trochę zmarłych.
- Tylko , że tu nikt nie jest pochowany. To trumna przechowująca informacje. Niczym komnaty do , których otworzenia Anya jest potrzebna.
- Dobra czytaj ten tekst źródłowy wyciągnięty z podręcznika do historii.
- On Teo nie jest z podręcznika - Spojrzała na mnie z zażenowaniem. - No to jedziemy z tym koksem :
" Gdy Anioł w księżycową noc swe skrzydła stracił w upadłego się przeinaczył. W ten tarcza na świat przyjść musiał by tajemnicy Anioła dopilnowała. Gdy w szereg planety się ułożą to demony trzy swój plan ułożą. Potężne dwa wymiary mocy będą musiały żyć wspólnie tej nocy. By swe połączyły siły wysłano strażnika z piekła do niemi.
Szukaj a znajdziesz pod pomnikiem śmierci co kosą nadzoruje grób świętej pamięci".
- Nie rozumiem. - Dodałem.
- Ja też nie - Pokiwała głową Mercy. - Może Ty literacki mistrzu?
- Nie mam bladego pojęcia o co chodzi. Wiem tyle , że jest mowa o twojej mamie, Any'i i Teo.
- Kurcze! Tekst mówi nam od czego się to zaczęło! Musimy znaleźć następną wskazówke żeby dowiedzieć się gdzie leżą pozostałe sześć. - Anya zabłysnęła
- Dlaczego sześć? - Miałem zapytać o to samo ale mój 'kolega" mnie wyprzedził.
- Nie widzicie w tym sensu? My jesteśmy słońcem. W układzie słonecznym jest osiem planet. List ma kolor Merkurego, następny będzie w barwach Venus - Przynajmniej tak zakładam. Gdy znajdziemy Venus pozostanie tylko sześć planet. Chyba , że przy Neptunie dostaniemy dodatkową wiadomość żeby znaleźć dziewiątą planetę , która nie jest już w układzie bodajże od 2006 roku. Pluton będzie dodatkiem , który ułatwi nam dowiedzenie się kiedy nastąpi dzień Trzech Demonów.
- Wow. Nie wpadł bym na to. Ale gdzie szukać Venus? - Powiedziałem.
- Nie wiem, może na jakimś cmentarzu? - Odparła z sarkazmem. - Wnioskuję , że to cmentarz na Nighthell. Tylko tam znajduje się taki pomnik.
- Co masz z geografii? - Spytał Jonathan.
- Piątkę, nie ważne z resztą. Jest problem bo cmentarz czynny będzie dopiero za kilka dni. Szacuje , że tydzień max.
- Świetnie! Zabierajmy się do domu.
- A to wykopalisko? - Za rzuciłem.
- Zostaw to , jeszcze nas pozwą o beszczeszczenie miejsca spoczynku.
- Wy zawsze zrobicie bałagan a jak przyjdzie co do czego to wynika , że ja mam kłopoty. - Powiedziałem sam do siebie ruszając za resztą.
Po dotarciu czekała na nas gorąca czekolada i sylwetka postaci dobrze mi znanej. Siedziała obok Lucyfera. Pani Ramona. Najgorsza nauczycielka tajników wymiaru P w historii.
- Pani Glassgow ! - Razem z Mercy powiedzieliśmy chórem.
- Tak też się cieszę. Mam dla was wyniki z testu końcowego. Teo jak zwykle ta sama ocena Mercy również. To ja lecę- Znikła.
- Jest! Udało się !
- Mi też! - Krzykłem.
- Co dostaliście ? - Spytała Anya.
- Ja N - Radośnie powiedziała Mercy.
- A ja T!
- Po ludzku proszę? - Wszyscy patrzyli na nas jak na ufo.
- Mercy dostała N czyli Nieuk a ja T czyli The Best! Czyli ona 2 a ja 5. Z daliśmy!
Rozweseleni rozeszliśmy się do pokojów. Ciągle miałem wlepione oczy w sześcio stronowy test i miałem zaciesz jak z nowego miecza. W prawdzie zawsze dostaje taką ocenę ale jest motywacja. Dostałeś piątkę? To musisz ciągle ją dostawać. Dobra koniec zarywania do kartki papieru. Idę się umyć.
********
- Do diaska skończ mi truć głowę! Nie i koniec. Myślisz , że my nic nie potrafimy? To się grubo mylisz.
- Nie rozumiecie , że wasza córka jest kim jest i nic tego nie zmieni? Albo piekło, albo Niebo. Wybieracie czy mam jej sam zapytać?
- Ona woli ziemię!
Taką rozmowę usłyszałem schodząc do jadalni rano.
- O co chodzi? - Spytałem przeczesując włosy.
- Teo. Jak dobrze , że Cię widzę. Uświadom tym ludziom , że Anya musi przenieść się do któregoś wymiaru! Najlepiej do piekła bo tam jest Mercy!
- Lucek? Salomon Cię czasami porządnie nie uderzył laską w głowę? Nie musi, nigdzie nie ma tak napisane. Pytałem nawet Salomona i Jonathana. - Rodzice dziewczyny patrząc na mniej przyznali mi rację kiwając głową.
- Chłopak ma rację- Dołączył się Salomon. - Lucyfer na siłę próbuje wam to wmówić bo wyraźnie wasza córka wpadła mu w oko. - W tym momencie zacząłem się śmiać.
- O co Ci chodzi? - Syknął brat Mercy.
- Za stary jesteś.
- A Ty za młody!
- Ale ja do niej nie uderzam. - Zacząłem się śmiać mieszając herbatę. A Lucyfer skompromitowany patrzył na mnie błagającym spojrzeniem w stylu : Nie poniżaj mnie tak proszę.....
- Moja córka nie gustuje w... W czymś takim. Już prędzej by na Salomona poleciała. - Do waliła Samanta.
Po chwili u progu drzwi pojawiła się Mercy.
- Hey.
- Dzień dobry - Powiedziałem śmiejąc się razem z Salomonem i Jackiem.
- Czego lejecie? - Uśmiechnęła się.
- Twojemu braciszkowi marzy się upojna noc z Any'ą.
Mercy tylko chrząkła i dołączyła do grona śmieszków. Serio? Czy on sądził , że taki odrażający typ, będzie miał szansę u takiej dziewczyny? Dobra, może i patrzy na wnętrze ale sam wygląd odstrasza. Wątpię w ich miłość. Jest o dużo starszy i.... Nie ważne. Dwa dni temu znaleźliśmy Merkurego, musimy jeszcze czekać pięć dni do otwarcia cmentarza a przecież wtedy jest Halloween. A gdyby tak....W kraść się tam? Ale gdy o tym powiem reszcie to od razu mnie wyśmieją i powiedzą , że oszalałem. Ale kiedy chcą dostać tą wskazówke skoro będzie tam pełno ludzi? Trzeba będzie iść samemu. Najlepiej pod osłoną nocy.
~OCZAMI MERCY~
- Chodź bracie. Musimy sobie porozmawiać. - Skierowałam głowę w stronę Lucka - No! Na co czekasz? - Poszliśmy do ogrodu bo nie chciałam , żeby ktoś słyszał naszą rozmowę. Stanęliśmy na przeciwko siebie.
- No co? - Spytał udawając , że nie wie o co mi chodzi
- Jak co? Ogarnij się! - Wykrzyczałam.
- Nie rozumiem o co ci chodzi? - Za niepokoił się.
- Nie nie wiesz? O jaka szkoda? Dostałeś amnezji? Co to ma wszystko znaczyć? Wymyślasz jakieś historię żeby zaciągnąć Any'e do piekła! Na głowę upadłeś?
- Nie mam bladego pojęcia w czym widzisz problem? Ty się nigdy nie zakochałaś? !
- Owszem, ale w kategorii MOJEGO wieku! Jesteś za stary to po pierwsze a po drugie skrzywdził byś ją! - Machałam rękami we wszystkie strony.
- Niby jak?!
- Ona jest durniu dziewicą! - Przyłożyłam rękę do ust i Spostrzegłam , że ludzie dookoła się gapią.
- No to by już nie była! - Parchnął.
- Odwal się od niej! Sądzisz , że swój pierwszy raz chciałby przeżyć w PIEKLE z TOBĄ? Coś mi się nie wydaje. - Odparłam z zażenowaniem bratem.
- Co Cię to gówno obchodzi? Jakoś Ty sobie możesz flirtować z ARCHANIOŁEM i jest dobrze?! Zabił by Cię a Ty dla niego ocean przepłyniesz!
- Jesteś potworem! Gdyby nie On to bym właśnie nie żyła! Gdyby nie on to bym sobie nie poradziła! Wybaczył mi po tym co mu zrobiłam! - Poleciała mi Łza z oka. Nie mogłam uwierzyć w to co mówi Lucyfer.
- Skończmy tę daremną dyskusję. Tak czy siak wydziewiczę ją ja, kiedy będę chciał, jak będę chciał i czy jej się będzie to podobać czy nie, zostanie moją żoną. - Powiedział.
- Wiesz co?! Brzydzę się Tobą! I ona też! Jesteś cyniczny! Potworny dosłownie, obrzydliwy i egoistyczny! Ty pieprzony draniu! Gdyby Ojciec żył nie byłbyś taki do przodu!
- Jak śmieszne mieszać w to ojca?! - Szybkim trafnym uderzeniem dostałam w twarz. Dostałam nie byle jak jednak dzisiaj nie miałam na Tyle sił by, przeciwstawić się temu czemuś. Bolało jak Cholera. Jak dostaniesz taką łapą z takimi pazurami.... Przewróciło mi się w głowie. Usłyszałam głos Jonathana.
- Ej! - Tobie się nie pomyliło? Chcesz zaraz dostaniesz tak samo tylko z zdwojoną siłą! - Krzywo na niego spojrzał mijając Go w progu i podszedł do mnie. - Wszystko gra?
- Tak...- Odpowiedziałam trzymając się za policzko.
- Chodź....- Powiedział cicho obejmując mnie. Weszliśmy do domu.
- Co Ci się stało? - Zapytał czule Teo.
- A jak myślisz? - Zakpił Lucyfer - Uderzył ją pewnie!
- Co?!- Krzyknął Teo równocześnie z Jackiem.
- Nie no teraz to już przesadziłeś ! - Wkurzony Jonathan podchodząc do mojego brata wyciągnął Archanielski nóż z kieszeni a gdy znajdował się przy Lucyferze przyłożył Go do gardła potwora - Nie będziesz tu kłamał w żywe oczy! I nie będziesz bić kobiet czy też dziewczyn oraz dzieci! A tak przy okazji, ładny mam TATUAŻ? ! - Zapytał Jonathan pokazując mu rękę ze znakiem nieba. Postacie z piekła cierpią na ten widok.
- Jonathan! Zostaw...- Krzyknęłam. - To bez sensu...
- Jeszcze raz. Zniszcze Cię śmieciu..- Gdy już odchodził od ofiary to Lucek oczywiście musiał dodać : " Dupek " Po czym zaczął się śmiać. Chłopak był zbyt nabuzowany żeby tego nie zrobić ale wyglądało to przepięknie. Jonathana przewrócił oczami, odwrócił się w stronę Lucyfera i porządnie Go uderzył tak , że ten wypluł zęby razem z krwią. Po wszystkim poszedł na górę a ja za nim. Za mną szedł Teo , który ma po prostu genialny refleks i w oka mgnieniu swoim mieczem odciął ogon mojemu bratu.
- UPS! Coś mi broń dzisiaj odmawia posłuszeństwa. - Rzekł a Lucyfer wydał z siebie długi, głośny jęk a potem wyleciał przez okno.
Po zachwycie chłopakami namalował mi się banan na ryju.
- Podobacie mi się tacy - Póściłam im oczko i Zadziornie się Uśmiechnęłam a oni zrobili to samo. Weszłam do pokoju a Anya odskoczyła na mój widok.
- Twarz jak po tajfunie ale uśmiechnięta! Co się stało? - Te ostatnie słowa powiedziała już normalnie.
- Brat.
- Co?! Lucyfer? Nie wierzę. - Złapała się za głowę.
- Ale już wszystko w porządku. Chłopaki mu oddali. Jonathan pozbawił Go zębów a ten jego krzyk to przez Teo , odciął mu ogon - Zmartwiło mnie to , że Anya się przejęła. Czy ona coś do tego czegoś poczuła? - Wyglądali wtedy bosko.
- Ta? Szkoda , że tego nie widziałam !- Zaśmiała się.
- Muszę Cię o coś spytać...- Spojrzałam w podłogę i zacisnęłam wargi.
- Słucham....?- Usiadła na łóżku.
- Czy.... - Przełknęłam ślinę- Czy. .Ty... Znaczy Tobie, znaczy Ty.....kochasz mojego.... Brata? - Bałam się odpowiedzi nie chciałam jej znać ale musiałam.
- Oszalałaś? Nigdy nie obdarzyła bym uczuciem czegoś takiego. Nie jest wart nawet uwagi. Po tym co chciał mi zrobić? W życiu.
- Ona próbował Ci coś zrobić?! - Wtedy na prawdę się Zaniepokoiłam.
- Pamiętasz jak wtedy szybko Weszłam do domu po powrocie ze szkoły? - Przytaknęłam - W takim tempie Weszłam ponieważ , wracałam na skróty drogą przez lasek. Spotkałam Go tam i na początku normalnie rozmawiał ze mną ale potem chwycił za nadgarstek i zaciągnął pod drzewo. Próbował mnie rozebrać - zgwałcić. Zaczęłam krzyczeć i wtedy on zemdlał. Po prostu. Zaczęłam więc biec a po wejściu do domu powiedziałam , że miałam wycisk na wufie i , że jest mi gorąco dlatego trzymam kurtkę w ręce bo mama mnie wypytywała. - Zciszonym tonem odpowiedział.
- Dlaczego nie mówiłaś wcześniej? - Szybko spytałam.
- Bo wieczorem znów mnie zaczepił i powiedział , że jak komuś powiem to mnie zabije. Ja Odparłam "Ehem" a on zaczął mnie macać. Pomyślałam , że znowu krzykne i tak też zrobiłam. Ponownie padł na ziemię.
- Nie wiem dlaczego tak się stało ale wiem tyle , że jutro zgłosimy to Salomonowi. On będzie wiedział co robić. Do tego czasu przebywaj tylko z kimś a jeżeli będzie chciał pogadać to mów , że możesz rozmawiać tu. Zależy gdzie będziesz się znajdować. Nie możesz być sama. Pamiętaj.
Teraz Chodźmy na dół jak gdyby nigdy nic i siedźmy jak zawsze.
- A jak się będą pytać czemu się tak ich uczepiłam?
- Opiekunom nic nie powiem ale Teo i Jonathanowi tak delikatnie to wytłumaczę.
- Nie! Nie chcę żeby wiedzieli.
- Okey.
Zaskoczyłam rozmowę z Any'ą i zeszłyśmy na dół do Samanta, Jacka i Salomona. Jutro trzeba to ogarnąć.
*****************
Kolejny rozdział! Nagły zwrot akcji i afera :D Spodziewał się ktoś? Bo ja nie :*
Buziaki !
Nicole ♥
poniedziałek, 26 października 2015
Rozdział siódmy
TAK WIEM MIAŁO NIC NIE BYĆ ALE NIE MOGŁAM WYTRZYMAĆ! !!!!
---------------------
Kolejne dni były bolesne i ciężkie. Ból psychiczny , który mnie dotykał był nie do zniesienia. Siedzę w tym gównie już drugi tydzień. Chciałabym poczuć trochę ciepła, jak kiedyś.... Moją dziwną konwersacje z samą sobą przerwał mi wróg, chłopak na , którym mi zależało i strażnik w jednym.
- Jak się czujesz?
- Po co pytasz? I tak Cię to gówno obchodzi. Zostaw mnie, nie chcę słuchać twoich wykładów.
- Przyszedłem tylko spytać co mam powiedzieć w szkole.
- Że się kurwa powiesiłam bo miałam dość jebanego życia! - wybuchłam.
- Hey, przestań nas obwiniać o swój los. Sama sobie na to zapracowałaś. Nie miej pretensji do nieba. - Spokojnym tonem odpowiedział.
- Jaja sobie robisz . Dlaczego akurat Ty musisz tu stać? Wolałabym tego poprzedniego. Pieprzeni niebiescy. - ostatnie dwa słowa wypowiedziałam szeptem.
- Bo tak. Taką mam pracę. Musisz się dostosować. Przykro mi , że musisz być tu ze mną. Jeszcze bardziej mi przykro , że teraz stąd wychodzisz na karę.
- Fajnie, w końcu. Od razu powinien mi ktoś uciąć łeb.
- Liczysz na śmierć? - Za niepokoił się.
- Tak. I nie będę prości o ułaskawienie.
- Ale.. z resztą nie ważne ....- Wycofał się z dalszej rozmowy.
~ OCZAMI TEO~
Szósta kreska, siódma, ósma, osiemnasta i setna ! Anielskim nożem kaleczy się najlepiej. Przynajmniej nie znikają. Łza wędrowała po mojej skórze spadając na rany. Mam ochotę stracić życie jak Mercy. Taka dobra dziewczyna a musi cierpieć. Sto dwudziesta kreska, kałuża krwi i ja ledwie przytomny. Słyszę radość ptaków i Any'e , która dobija się do łazienki i krzyczy żebym wyszedł. W końcu zadaje pytanie.
- TEO! ? Żyjesz. .....?
Nie odpowiadam, nie mam siły. Powieki same mi się zamykają. Ale Jaja, będę pierwszym demonem , który popełnił samobójstwo. Tak pięknie możliwe. Cholera, chyba nie zamknąłem drzwi.
- Te.. JEZUS MARIA MAMO! !!- Wybiegła z łazienki i poszła na dół. Po chwili straciłem świadomość i odleciałem.
Obudziłem się w swoim tymczasowym pokoju z ręką w bandażu. Głowa bolała mnie choćbym miał migrenę. Ci denni ludzie..... Zawsze muszą pomagać.
Po moich rozmyślaniach, zauważyłem dopiero , że obok na komodzie zamiast kwiatka i lampy siedzi Anya. Tylko dlaczego?
- Co Ty robisz? - spytałem podnosząc się z łóżka.
- A co mam robić? Oszalałeś? ! Chciałeś się uśmiercić! Dlaczego? ! Nie możesz mnie zostawić! Martwię się o Ciebie.... Nie mam Wogule przyjaciół. Nikt mnie nie lubi. Po odejściu Mercy tylko Ty mi pozostałeś! Nie rób tego nigdy więcej! - Wyparowała dziewczyna a mówiąc te słowa płakała. Powoli zaczynałem ją rozumieć.
- Anya! Uspokój się, proszę. Nie zrobię tego więcej. Obiecuje. - Wiedziałem , że nie mogę jej tego zagwarantować ale to był jedyny sposób żeby ją uspokoić.
- Kłamiesz.
- CO? ! Nie, skąd wiesz?
- To widać. Przepraszam nie powinno mnie tu być, nie powinnam Wogule Ci takich rzeczy mówić. Nie przejmuj się mną. Jestem zbyt delikatna. - Dziewczyna zeskoczyła z komody i wyszła z pokoju.
- Anya! Lucyferze. ...
Jak na klaśnięcie pojawił się mój wcześniej wymówiony "kolega".
- TEO ! Ty głupi smarkaczu! Jak śmiałeś? ! Jesteś rodziną Mercy! Musisz żyć. Dla niej! I dla tej dziewczyny!
- Co wy wszyscy z tą Any'ą? !
- Słuchaj. Ona jeszcze nie wie kim jest. Tak się złożyło , że wylosowała Ciebie! Gdybyś nie był jej opiekunem to nie pozwoliłbym Ci siedzieć na ziemi!
- Że Co?!
- To nie wszystko. Za 24 godziny obudzą się trzy Demony! Trzeba sprowadzić jakoś Mercy do nas. Bez niej nie damy rady. Oni chcą zgładzić wszystko! Nawet piekło i stworzyć swój wymiar. Najgorsze jest to , że tylko Mercy może odczytać wiadomość , którą zostawił jej przyjaciel twojego wujka.
- Jak Mamy to zrobić? Nie wejdziemy do wymiaru N.
- My nie. Ale możemy skontaktować się z kimś.
- Jonathan.
~OCZAMI MERCY~
- Niebiescy! Ileż można czekać na tą karę. No co się tak gapicie?!
W końcu przyszedł jakiś Anioł z wielką kosą! Obleciał mnie strach zamknęłam oczy, przełknęłam ślinę i westchnęłam. Ciary mnie przeszły od stóp po ramiona. Gdy Anioł właśnie miał mnie zabić na salę wbiegł ten Pajac i wszystko zepsuł.
' STOP! Nie możecie. Ona jest potrzebna. - Podbiegł do mnie i uwolnił mnie po czym wypłynął przed siebie i kazał iść do celi.
- Co Ty wyprawiasz?
- Nic. Idź.
Po dotarciu na miejsce nie ogarniałam co się dzieje. Tu miałam umrzeć a tu nagle muszę żyć. Czego oni ode mnie chcą?!.
- Możesz mi wytłumaczyć co się dzieję?!
- Zamknij się. Słuchaj. Za niedługo uwolnią się demony. Musisz nam pomóc. Nikt inny nie może czytać wskazówek.
- Nie będę pomagać Niebu!
- Ajć! Nie wymiarze N. Mi , Teo. Any'i i tak dalej. Proszę Cię.
- W takim wypadku mogę się zgodzić. Pod warunkiem , że Bóg wie.
- Coś Ty taka uczciwa się zrobiła? Jasne , że wie. Daj mi rękę.
- Nie ma mowy. Wiesz jak będę cierpieć?! - oburzyłam się .
- Zaufaj mi, nie będziesz. - Mocno złapał mój nadgarstek i wybiegł ze mną z lochu.
- Przecież mogłam sama biec.
- Nie może Cię nikt zobaczyć.
- Jakbyś nie zauważył, pełno tu osób- Powiedziałam z zażenowaniem.
- Wiem. - We pchnął mnie w kant i oparł rękę o ścianę. Staliśmy tak dobry kwadrans. Nie czułam się komfortowo po tych wszystkich zdarzeniach ale no... To jest Jonathan.
- Możesz przestać?
- O co Ci chodzi? Kryje Cię, źle. Nie kryje też źle!
- Mógłbyś w inny sposób. - Przewróciłam oczami i założyłam ręce na klatkę piersiową. Osoby , które obok nas przechodziły wymyślały różne historie o nas. - Ruszajmy stąd!
- Jak ? Wszyscy się gapią. - Wzruszył ramionami.
- Normalnie jak ludzie sobie pójdziemy.
Mój plan oczywiście się udał. Nie można było tak Od razu? Szybko szliśmy lasem w kierunku mojego domu. Było ciemno i padało.
- Czekaj. - szepnął Jonathan.
- No co ?
- Coś tu...UCIEKAJ! - Ruszyliśmy w bieg. Gonił nas Tetroliopis. Pies jednego z trzech demonów.
- Nie mam siły....- Dyszałam. Za trzymałam się.
- Masz skrzydła! Leć.
Jak mi powiedział tak też zrobiłam. Leciałam ociężale jakby ktoś odebrał mi moc. W ostatnich sekundach wylądowałam i czekałam na Jonathana. Po kilku minutach. Zobaczyłam jak biegnie i pokazuje żebym wchodziła do środka ale tym razem nie posłuchałam. Gdy już razem z rozwścieczonym psem do mnie dobiegł to zwyczajnie się na mnie rzucił i wpadliśmy do środka. Szybko wstał i zamknął drzwi. Stworzył jakąś barierę ochronną.
Wstałam a po chwili zbiegła Anya.
- Mercy ! - Przytuliła mnie mocno i strasznie się ucieszyła.
- Gdzie Teo?
- Leży w łóżku. Chciał się zabić. - Powiedziała to z rozczarowaniem.
- Jak to? - Od razu pobiegłam na górę otwarłam drzwi do jego pokoju znaczy mojego i stanęłam przed nim.
- Mercy! Udało się.
- Ty skurwielu! Jak mogłeś się do tego posunąć? Mądry Jesteś? NIE Pomyślałeś , Że robisz Totalne Głupstwo? Że zranisz wszystkich? Masz szczęście , że Anya Cię znalazła.
- Tak się teraz wita kuzyna? Przepraszam! Miałem załamanie psychiczne! Nie chciałem. .Przepraszam.
- Okey, Okey. Wszystko w porządku. - Przytuliłam swojego głupiutkiego kuzyna. Był dla mnie jak brat. Zawsze potrafił pocieszyć i zatroszczyć się o mnie jak rodzeństwo. Kocham Go bardzo takim jakim jest ale musiałam Go opieprzyć. Jak siostra. - Chodźmy na dół. Wszyscy już tam są.
Po minucie dołączyłam razem z Teo do reszty.
- Dobra siostrzyczko. CO ROBIMY?!
- Lucek ! Uspokój się. Nie wiem. Skąd mam wiedzieć. To Wy mnie tu sprowadziliście , liczycie , że dostanę oświecenia? Przykro mi.
- Skarbie.... Nic tak nie myślimy. Byłaś jedyną osobą , która może nam pomóc. - Powiedziała Samanta.
- Okey. Tobie wierzę. Salomon! Uspokój kurcze tego psa!
- Dobrze ! Chciał się tylko pobawić.....- Pokręcił głową.
- Tak jak ten , który omal mnie nie zabił? - Spytał zdesperowany Teo.
Wszyscy ucichli i nikt się nie odzywał. To było nie do zniesienia. Siedzę i patrze z trudnością na każdego. Dosłownie nawet mucha nie przelatuje. Panuje dziwna atmosfera. Chcę się odezwać ale nie wiem co powiedzieć.To śmieszne! Zawsze ktoś miał coś do powiedzenia. Dziwne , że Teo czegoś nie mówi.
A jednak.
- Hymm. Może Drogi Lucyferze.... Wyjaśnisz mi i Any'i o co chodzi?
- Eh.. Chciałem poczekać bo ta duszyczka jeszcze nie jest gotowa ale ze względu na okoliczności muszą Ci Teo przyznać rację. Proszę o pięć minut.
- O co chodzi? - Zaniepokoiła się Anya.
- Słuchaj. Kiedy się urodziłaś miałaś umrzeć. Ale miałaś o tyle szczęścia , że mój ojciec i Ojciec Jonathana spotkali się przy Tobie. Nie wiedzieli kto ma Cię zabrać więc zwrócili Ci duszę. Zadecydowali , że będziesz kodem do skryptu w , którym znajdują się tajne informacje na temat wspólnych celów Niebios i Piekieł. Musiałaś wylosować sobie opiekuna ale takiego, który dopiero jest w planach. Padło na naszego Teo. Musisz ją szkolić, pilnować, dbać jak o Mercy krzyczeć na nią jak na wroga i traktować jak najlepszego kumpla.
- O matko.....- Zakłopotał się chłopak.
- Mamo? Dlaczego mi nie powiedzieliście?
- Tata nie chciał....
- Wolałam umrzeć ! Niż być zamieszana w zaświaty! Dlaczego mam takie spaprane życie?
- Witaj w klubie. ....- Dodałam cicho a Jonathan pchnął mnie łokciem.
- Myślałam , że jesteście ze mną szczerzy. - Powiedziała i Wybiegła z domu.
- Anya! Jej może się coś stać! .
~ OCZAMI TEO~.
Znów Wybiegła. Przynajmniej nie przeze mnie.
- Samanta ! Idź po nią!
- Ty idź! Mnie nie będzie Jack słuchać!
- Mnie tym bardziej....
W tym momencie wszystkie sześć par oczu wlepione były we mnie.
- Dlaczego ja?
- Wiesz ostatnio się do siebie zbliżyliście i jesteś jej opiekunem. - Stwierdził Jonathan.
- Ja z nią może z trzy razy rozmawiałem!
- Cicho! Idź że.
Po przymusem wyszedłem z domu. Rozglądam się i dostrzegam ją na drzewie. Wlatuje tam i siadam obok. Przyznam , że dość wysoko weszła.
- Przyszedłeś pewnie Bo Ci kazali.
- Eeee. .... Nie. Tak.......
- wiedziałam.
- Słuchaj. Świat się nie wali. Mnie wszyscy ciągle okłamują ale to szczegół. Może powinnaś się cieszyć?
- Z tego że mam dużo wspólnego z piekłem i niebem? Może wolałam umrzeć niż nie mieć kolegów i koleżanek.....
- Masz. Więc kim ja dla Ciebie jestem?
- Znajomym.
- Ja tak nie uważam. - Spojrzałem w dół. Szczerze? Zawiodłem się. Liczyłem na coś więcej niż "znajomy".
- Widzisz jakie życie jest głupie. - Patrzyła w księżyc a jej zielone oczy iskrzyły na widok gwiazd.
- Dobra. Nie będę Cię do niczego zmuszać. Chcieli żebym Cię zaprowadził do domu. Nie wyszło. Jak zwykle. Siłą tego nie zrobię bo no sama wiesz. A i dziękuję. Gdyby nie Ty.... Nie rozmawiałbym teraz z Tobą. - Zszedłem z drzewa i kierowałem się w stronę drzwi.
- Teo! Zaczekaj....
- No co? - Dziewczyna również zeszła i podeszła do mnie.
- Ja też dziękuję.
- Za co? - Uśmiechnąłem się.
- Za to , że nie mówisz mi jaka jestem dziwna i nie wytykasz mi wad. Popatrzyła mi w oczy i coś się we mnie złamało.
- Ee, ja.. Nie jesteś dziwna. Lubie takie dziewczyny.
- Podnieś rękę - wskazała na okaleczoną.
- Co?
- Podnieś rękę. - Podniosłem.
Anya wskoczyła mi w ramiona i Przytuliła. Na początku czułem dyskomfort ale potem też ją objąłem. Zeszłem na ziemię i odciągnąłem się od dziewczyny.
- Choć do domu. Martwią się o Ciebie.
Oboje weszliśmy do środka. Wszyscy musieli się patrzyć. Nienawidzę takich sytuacji. Zamknąłem drzwi i ruszyłem na górę dodając " Idę spać". Niestety nie sam.
- Chwila. Czekaj na mnie. - Dodał w pośpiechu Jonathan jakby też próbował wybrnąć z dziwnej sytuacji.
~ OCZAMI JONATHANA~
- Co tak uciekłeś ?- Teo zadał mi pytanie z dupy.
- Lucek coś o czymś palną i miałem miliony pytań.
- O czym?
- Śliwka! Nie ważne. - Dostrzegłem , że chłopak unosi brwi w górę i zaczyna się śmiać. - Oh, no dobra. Kiedyś z twoją kuzynką byłem w lesie i zdarzyła się nie komfortowa chwila. Nie lubię mówić o szczegółach.
- Ehemmm. ...- Położył się na łóżku a ja zrobiłem to samo.
Chwilę tak leżeliśmy. W tej błogiej chwili myślałem o Mercy. Myślałem o jej łzach kiedy mówiła mamie o tym, jakim jest potworem. Myślałem o Tym czemu mi nie powiedziała? A no właśnie! Jeszcze tego jej nie wybaczyłem! Ma szczęście , że zapomniałem. Nagle operatorka moich myśli wpakowała się do teraz już naszego pokoju.
- Teo. Jeżeli skrzywdzisz Any'e to lepiej się do niej nie klej.
- Ale co wy wszyscy? ! Jezu! Dajcie mi spokój! Jestem jej znajomym a nie adoratorem!
- Znajomym? - Mercy wyraźnie zdziwiona spytała.
- Tak! Sama mi to powiedziała. Dajcie mi wszyscy spokój.
- Teo? Wszystko gra? - czułym głosem wylała.
- Zabolało mnie to - Chłopak ukrył twarz w poduszkę a ja wymieniłem się wzrokiem z Mercy. To co teraz powiedział było. .... Zaskakujące. Mercy dalej gapiła się na niego. Miała już oczy jak żaba. W końcu wyszła.
~OCZAMI MERCY~
Bardzo zdziwiona zamknęłam drzwi od chłopaków . Ruszyłam do mojego pokoju i spojrzałam na lokatorke.
- Coś.....Się stało? - rzuciła.
- Dużo....- zaśmiałam się pod nosem.
- No mów !- Z uśmiechem powiedziała.
- Teo przez Ciebie cierpi.- To wymówiłam już poważniej.
- Co ? Dlaczego?
- Bolą go słowa , które powiedziałaś. Że jest twoim znajomym. Nie wiem czemu. Ale wiem, że to coś poważnego. Normalnie nie miałby takiej załamki.
- Ja... Nie chciałam. Nie pomyślałam , że tak na to zareaguje.
- Ja też! Ale kogo to obchodzi? Cieszmy się , że jesteśmy wszyscy razem!
****
Po upojnej nocy Wstałam wcześniej i zeszłam do kuchni. Po drodze się przeciągłam i wyjrzałam za okno. Na dole siedział już Salomon ale to nie popsuło mi humoru.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry, co Ty taka nabuzowana?
- Właśnie nie wiem. Najlepsze jest to......Że NIE MUSZĘ CHODZIĆ DO SZKOŁY! !!!- Krzyknęłam robiąc sobie kawę i tosty.
- Oj dzieci. - z gazetą wstał z krzesła i poszedł do salonu.
Jedząc tosta patrzyłam w środek nieba. Ukazał mi się straszny widok zgładzonego świata.
- Myjesz uszy? - Zaśmiał się Jonathan.
- Yyy... Co?
- Mówiłem Ci cześć.
- Aha. Cześć. Wzięłam kubek kawy i usiadłam obok okna w holu.
Po chwili doszedł do mnie.
- Nie unikaj mnie.
- Nie unikam. Chcę być sama. Takie to trudne do zrozumienia?
- Co Ci zrobiłem? Chodzi o to objęcie? Ciesz się , że Cię nie pocałowałem...- Syknął.
- A chciałeś? - Przygryzłam wargę. Cholerka.
- Bardzo.
- Czemu?
- Nie wiem. Jakoś tak. Ale nie zrobiłem bo potrafię się po hamować. Chcę tylko żyć z Tobą w zgodzie. Przemyślałem sprawę godzinę temu i ja pogodziłem się z tym wszystkim. Zrozumiałem czemu mi nie powiedziałaś. A z twojej strony?
Ucieszyłam się w myślach. Byłam szczęśliwa. Podniosłem się z fotela i złożyłam serdeczny pocałunek na jego czole.
- Mam przez to zrozumieć , że między nami wszystko ok?
- Tak. Chyba....- Uśmiechnęłam się.
- Mercy......
- No dobre je! Głupku! - Poczochrałam Go po głowie. On objął mnie w pasie i podniósł a ja założyłam nogi na jego tułów. Ręce swobodnie opuściłam. - Co Ty robisz?
- Zanoszę Cię !
- Dokąd?
- Do twojego pokoju bo chyba zapomniałaś się ubrać - Łobuzersko się uśmiechnął. A ja? Cieszyłam się chwilą.
***********************
Tak wiem, że miało nie być ale dowiedziałam się , że mam dwie czytelniczki , które nie zostawiają komentarzy o co bardzo bym je prosiła.
Rozdział ma większość dialogów za co przepraszam osoby , które tego nie lubią ale opisywanie sytuacji itp. nie jest moją mocną stroną.
Serdecznie wam dziękuję za poświęcony czas i zapraszam do czytania dalszych losów bohaterów.
Przypominam , że jest zakładka "Postacie" w, której możecie przebadać wygląd bohaterów.
Buziaki *-*
Nicole♥
---------------------
Kolejne dni były bolesne i ciężkie. Ból psychiczny , który mnie dotykał był nie do zniesienia. Siedzę w tym gównie już drugi tydzień. Chciałabym poczuć trochę ciepła, jak kiedyś.... Moją dziwną konwersacje z samą sobą przerwał mi wróg, chłopak na , którym mi zależało i strażnik w jednym.
- Jak się czujesz?
- Po co pytasz? I tak Cię to gówno obchodzi. Zostaw mnie, nie chcę słuchać twoich wykładów.
- Przyszedłem tylko spytać co mam powiedzieć w szkole.
- Że się kurwa powiesiłam bo miałam dość jebanego życia! - wybuchłam.
- Hey, przestań nas obwiniać o swój los. Sama sobie na to zapracowałaś. Nie miej pretensji do nieba. - Spokojnym tonem odpowiedział.
- Jaja sobie robisz . Dlaczego akurat Ty musisz tu stać? Wolałabym tego poprzedniego. Pieprzeni niebiescy. - ostatnie dwa słowa wypowiedziałam szeptem.
- Bo tak. Taką mam pracę. Musisz się dostosować. Przykro mi , że musisz być tu ze mną. Jeszcze bardziej mi przykro , że teraz stąd wychodzisz na karę.
- Fajnie, w końcu. Od razu powinien mi ktoś uciąć łeb.
- Liczysz na śmierć? - Za niepokoił się.
- Tak. I nie będę prości o ułaskawienie.
- Ale.. z resztą nie ważne ....- Wycofał się z dalszej rozmowy.
~ OCZAMI TEO~
Szósta kreska, siódma, ósma, osiemnasta i setna ! Anielskim nożem kaleczy się najlepiej. Przynajmniej nie znikają. Łza wędrowała po mojej skórze spadając na rany. Mam ochotę stracić życie jak Mercy. Taka dobra dziewczyna a musi cierpieć. Sto dwudziesta kreska, kałuża krwi i ja ledwie przytomny. Słyszę radość ptaków i Any'e , która dobija się do łazienki i krzyczy żebym wyszedł. W końcu zadaje pytanie.
- TEO! ? Żyjesz. .....?
Nie odpowiadam, nie mam siły. Powieki same mi się zamykają. Ale Jaja, będę pierwszym demonem , który popełnił samobójstwo. Tak pięknie możliwe. Cholera, chyba nie zamknąłem drzwi.
- Te.. JEZUS MARIA MAMO! !!- Wybiegła z łazienki i poszła na dół. Po chwili straciłem świadomość i odleciałem.
Obudziłem się w swoim tymczasowym pokoju z ręką w bandażu. Głowa bolała mnie choćbym miał migrenę. Ci denni ludzie..... Zawsze muszą pomagać.
Po moich rozmyślaniach, zauważyłem dopiero , że obok na komodzie zamiast kwiatka i lampy siedzi Anya. Tylko dlaczego?
- Co Ty robisz? - spytałem podnosząc się z łóżka.
- A co mam robić? Oszalałeś? ! Chciałeś się uśmiercić! Dlaczego? ! Nie możesz mnie zostawić! Martwię się o Ciebie.... Nie mam Wogule przyjaciół. Nikt mnie nie lubi. Po odejściu Mercy tylko Ty mi pozostałeś! Nie rób tego nigdy więcej! - Wyparowała dziewczyna a mówiąc te słowa płakała. Powoli zaczynałem ją rozumieć.
- Anya! Uspokój się, proszę. Nie zrobię tego więcej. Obiecuje. - Wiedziałem , że nie mogę jej tego zagwarantować ale to był jedyny sposób żeby ją uspokoić.
- Kłamiesz.
- CO? ! Nie, skąd wiesz?
- To widać. Przepraszam nie powinno mnie tu być, nie powinnam Wogule Ci takich rzeczy mówić. Nie przejmuj się mną. Jestem zbyt delikatna. - Dziewczyna zeskoczyła z komody i wyszła z pokoju.
- Anya! Lucyferze. ...
Jak na klaśnięcie pojawił się mój wcześniej wymówiony "kolega".
- TEO ! Ty głupi smarkaczu! Jak śmiałeś? ! Jesteś rodziną Mercy! Musisz żyć. Dla niej! I dla tej dziewczyny!
- Co wy wszyscy z tą Any'ą? !
- Słuchaj. Ona jeszcze nie wie kim jest. Tak się złożyło , że wylosowała Ciebie! Gdybyś nie był jej opiekunem to nie pozwoliłbym Ci siedzieć na ziemi!
- Że Co?!
- To nie wszystko. Za 24 godziny obudzą się trzy Demony! Trzeba sprowadzić jakoś Mercy do nas. Bez niej nie damy rady. Oni chcą zgładzić wszystko! Nawet piekło i stworzyć swój wymiar. Najgorsze jest to , że tylko Mercy może odczytać wiadomość , którą zostawił jej przyjaciel twojego wujka.
- Jak Mamy to zrobić? Nie wejdziemy do wymiaru N.
- My nie. Ale możemy skontaktować się z kimś.
- Jonathan.
~OCZAMI MERCY~
- Niebiescy! Ileż można czekać na tą karę. No co się tak gapicie?!
W końcu przyszedł jakiś Anioł z wielką kosą! Obleciał mnie strach zamknęłam oczy, przełknęłam ślinę i westchnęłam. Ciary mnie przeszły od stóp po ramiona. Gdy Anioł właśnie miał mnie zabić na salę wbiegł ten Pajac i wszystko zepsuł.
' STOP! Nie możecie. Ona jest potrzebna. - Podbiegł do mnie i uwolnił mnie po czym wypłynął przed siebie i kazał iść do celi.
- Co Ty wyprawiasz?
- Nic. Idź.
Po dotarciu na miejsce nie ogarniałam co się dzieje. Tu miałam umrzeć a tu nagle muszę żyć. Czego oni ode mnie chcą?!.
- Możesz mi wytłumaczyć co się dzieję?!
- Zamknij się. Słuchaj. Za niedługo uwolnią się demony. Musisz nam pomóc. Nikt inny nie może czytać wskazówek.
- Nie będę pomagać Niebu!
- Ajć! Nie wymiarze N. Mi , Teo. Any'i i tak dalej. Proszę Cię.
- W takim wypadku mogę się zgodzić. Pod warunkiem , że Bóg wie.
- Coś Ty taka uczciwa się zrobiła? Jasne , że wie. Daj mi rękę.
- Nie ma mowy. Wiesz jak będę cierpieć?! - oburzyłam się .
- Zaufaj mi, nie będziesz. - Mocno złapał mój nadgarstek i wybiegł ze mną z lochu.
- Przecież mogłam sama biec.
- Nie może Cię nikt zobaczyć.
- Jakbyś nie zauważył, pełno tu osób- Powiedziałam z zażenowaniem.
- Wiem. - We pchnął mnie w kant i oparł rękę o ścianę. Staliśmy tak dobry kwadrans. Nie czułam się komfortowo po tych wszystkich zdarzeniach ale no... To jest Jonathan.
- Możesz przestać?
- O co Ci chodzi? Kryje Cię, źle. Nie kryje też źle!
- Mógłbyś w inny sposób. - Przewróciłam oczami i założyłam ręce na klatkę piersiową. Osoby , które obok nas przechodziły wymyślały różne historie o nas. - Ruszajmy stąd!
- Jak ? Wszyscy się gapią. - Wzruszył ramionami.
- Normalnie jak ludzie sobie pójdziemy.
Mój plan oczywiście się udał. Nie można było tak Od razu? Szybko szliśmy lasem w kierunku mojego domu. Było ciemno i padało.
- Czekaj. - szepnął Jonathan.
- No co ?
- Coś tu...UCIEKAJ! - Ruszyliśmy w bieg. Gonił nas Tetroliopis. Pies jednego z trzech demonów.
- Nie mam siły....- Dyszałam. Za trzymałam się.
- Masz skrzydła! Leć.
Jak mi powiedział tak też zrobiłam. Leciałam ociężale jakby ktoś odebrał mi moc. W ostatnich sekundach wylądowałam i czekałam na Jonathana. Po kilku minutach. Zobaczyłam jak biegnie i pokazuje żebym wchodziła do środka ale tym razem nie posłuchałam. Gdy już razem z rozwścieczonym psem do mnie dobiegł to zwyczajnie się na mnie rzucił i wpadliśmy do środka. Szybko wstał i zamknął drzwi. Stworzył jakąś barierę ochronną.
Wstałam a po chwili zbiegła Anya.
- Mercy ! - Przytuliła mnie mocno i strasznie się ucieszyła.
- Gdzie Teo?
- Leży w łóżku. Chciał się zabić. - Powiedziała to z rozczarowaniem.
- Jak to? - Od razu pobiegłam na górę otwarłam drzwi do jego pokoju znaczy mojego i stanęłam przed nim.
- Mercy! Udało się.
- Ty skurwielu! Jak mogłeś się do tego posunąć? Mądry Jesteś? NIE Pomyślałeś , Że robisz Totalne Głupstwo? Że zranisz wszystkich? Masz szczęście , że Anya Cię znalazła.
- Tak się teraz wita kuzyna? Przepraszam! Miałem załamanie psychiczne! Nie chciałem. .Przepraszam.
- Okey, Okey. Wszystko w porządku. - Przytuliłam swojego głupiutkiego kuzyna. Był dla mnie jak brat. Zawsze potrafił pocieszyć i zatroszczyć się o mnie jak rodzeństwo. Kocham Go bardzo takim jakim jest ale musiałam Go opieprzyć. Jak siostra. - Chodźmy na dół. Wszyscy już tam są.
Po minucie dołączyłam razem z Teo do reszty.
- Dobra siostrzyczko. CO ROBIMY?!
- Lucek ! Uspokój się. Nie wiem. Skąd mam wiedzieć. To Wy mnie tu sprowadziliście , liczycie , że dostanę oświecenia? Przykro mi.
- Skarbie.... Nic tak nie myślimy. Byłaś jedyną osobą , która może nam pomóc. - Powiedziała Samanta.
- Okey. Tobie wierzę. Salomon! Uspokój kurcze tego psa!
- Dobrze ! Chciał się tylko pobawić.....- Pokręcił głową.
- Tak jak ten , który omal mnie nie zabił? - Spytał zdesperowany Teo.
Wszyscy ucichli i nikt się nie odzywał. To było nie do zniesienia. Siedzę i patrze z trudnością na każdego. Dosłownie nawet mucha nie przelatuje. Panuje dziwna atmosfera. Chcę się odezwać ale nie wiem co powiedzieć.To śmieszne! Zawsze ktoś miał coś do powiedzenia. Dziwne , że Teo czegoś nie mówi.
A jednak.
- Hymm. Może Drogi Lucyferze.... Wyjaśnisz mi i Any'i o co chodzi?
- Eh.. Chciałem poczekać bo ta duszyczka jeszcze nie jest gotowa ale ze względu na okoliczności muszą Ci Teo przyznać rację. Proszę o pięć minut.
- O co chodzi? - Zaniepokoiła się Anya.
- Słuchaj. Kiedy się urodziłaś miałaś umrzeć. Ale miałaś o tyle szczęścia , że mój ojciec i Ojciec Jonathana spotkali się przy Tobie. Nie wiedzieli kto ma Cię zabrać więc zwrócili Ci duszę. Zadecydowali , że będziesz kodem do skryptu w , którym znajdują się tajne informacje na temat wspólnych celów Niebios i Piekieł. Musiałaś wylosować sobie opiekuna ale takiego, który dopiero jest w planach. Padło na naszego Teo. Musisz ją szkolić, pilnować, dbać jak o Mercy krzyczeć na nią jak na wroga i traktować jak najlepszego kumpla.
- O matko.....- Zakłopotał się chłopak.
- Mamo? Dlaczego mi nie powiedzieliście?
- Tata nie chciał....
- Wolałam umrzeć ! Niż być zamieszana w zaświaty! Dlaczego mam takie spaprane życie?
- Witaj w klubie. ....- Dodałam cicho a Jonathan pchnął mnie łokciem.
- Myślałam , że jesteście ze mną szczerzy. - Powiedziała i Wybiegła z domu.
- Anya! Jej może się coś stać! .
~ OCZAMI TEO~.
Znów Wybiegła. Przynajmniej nie przeze mnie.
- Samanta ! Idź po nią!
- Ty idź! Mnie nie będzie Jack słuchać!
- Mnie tym bardziej....
W tym momencie wszystkie sześć par oczu wlepione były we mnie.
- Dlaczego ja?
- Wiesz ostatnio się do siebie zbliżyliście i jesteś jej opiekunem. - Stwierdził Jonathan.
- Ja z nią może z trzy razy rozmawiałem!
- Cicho! Idź że.
Po przymusem wyszedłem z domu. Rozglądam się i dostrzegam ją na drzewie. Wlatuje tam i siadam obok. Przyznam , że dość wysoko weszła.
- Przyszedłeś pewnie Bo Ci kazali.
- Eeee. .... Nie. Tak.......
- wiedziałam.
- Słuchaj. Świat się nie wali. Mnie wszyscy ciągle okłamują ale to szczegół. Może powinnaś się cieszyć?
- Z tego że mam dużo wspólnego z piekłem i niebem? Może wolałam umrzeć niż nie mieć kolegów i koleżanek.....
- Masz. Więc kim ja dla Ciebie jestem?
- Znajomym.
- Ja tak nie uważam. - Spojrzałem w dół. Szczerze? Zawiodłem się. Liczyłem na coś więcej niż "znajomy".
- Widzisz jakie życie jest głupie. - Patrzyła w księżyc a jej zielone oczy iskrzyły na widok gwiazd.
- Dobra. Nie będę Cię do niczego zmuszać. Chcieli żebym Cię zaprowadził do domu. Nie wyszło. Jak zwykle. Siłą tego nie zrobię bo no sama wiesz. A i dziękuję. Gdyby nie Ty.... Nie rozmawiałbym teraz z Tobą. - Zszedłem z drzewa i kierowałem się w stronę drzwi.
- Teo! Zaczekaj....
- No co? - Dziewczyna również zeszła i podeszła do mnie.
- Ja też dziękuję.
- Za co? - Uśmiechnąłem się.
- Za to , że nie mówisz mi jaka jestem dziwna i nie wytykasz mi wad. Popatrzyła mi w oczy i coś się we mnie złamało.
- Ee, ja.. Nie jesteś dziwna. Lubie takie dziewczyny.
- Podnieś rękę - wskazała na okaleczoną.
- Co?
- Podnieś rękę. - Podniosłem.
Anya wskoczyła mi w ramiona i Przytuliła. Na początku czułem dyskomfort ale potem też ją objąłem. Zeszłem na ziemię i odciągnąłem się od dziewczyny.
- Choć do domu. Martwią się o Ciebie.
Oboje weszliśmy do środka. Wszyscy musieli się patrzyć. Nienawidzę takich sytuacji. Zamknąłem drzwi i ruszyłem na górę dodając " Idę spać". Niestety nie sam.
- Chwila. Czekaj na mnie. - Dodał w pośpiechu Jonathan jakby też próbował wybrnąć z dziwnej sytuacji.
~ OCZAMI JONATHANA~
- Co tak uciekłeś ?- Teo zadał mi pytanie z dupy.
- Lucek coś o czymś palną i miałem miliony pytań.
- O czym?
- Śliwka! Nie ważne. - Dostrzegłem , że chłopak unosi brwi w górę i zaczyna się śmiać. - Oh, no dobra. Kiedyś z twoją kuzynką byłem w lesie i zdarzyła się nie komfortowa chwila. Nie lubię mówić o szczegółach.
- Ehemmm. ...- Położył się na łóżku a ja zrobiłem to samo.
Chwilę tak leżeliśmy. W tej błogiej chwili myślałem o Mercy. Myślałem o jej łzach kiedy mówiła mamie o tym, jakim jest potworem. Myślałem o Tym czemu mi nie powiedziała? A no właśnie! Jeszcze tego jej nie wybaczyłem! Ma szczęście , że zapomniałem. Nagle operatorka moich myśli wpakowała się do teraz już naszego pokoju.
- Teo. Jeżeli skrzywdzisz Any'e to lepiej się do niej nie klej.
- Ale co wy wszyscy? ! Jezu! Dajcie mi spokój! Jestem jej znajomym a nie adoratorem!
- Znajomym? - Mercy wyraźnie zdziwiona spytała.
- Tak! Sama mi to powiedziała. Dajcie mi wszyscy spokój.
- Teo? Wszystko gra? - czułym głosem wylała.
- Zabolało mnie to - Chłopak ukrył twarz w poduszkę a ja wymieniłem się wzrokiem z Mercy. To co teraz powiedział było. .... Zaskakujące. Mercy dalej gapiła się na niego. Miała już oczy jak żaba. W końcu wyszła.
~OCZAMI MERCY~
Bardzo zdziwiona zamknęłam drzwi od chłopaków . Ruszyłam do mojego pokoju i spojrzałam na lokatorke.
- Coś.....Się stało? - rzuciła.
- Dużo....- zaśmiałam się pod nosem.
- No mów !- Z uśmiechem powiedziała.
- Teo przez Ciebie cierpi.- To wymówiłam już poważniej.
- Co ? Dlaczego?
- Bolą go słowa , które powiedziałaś. Że jest twoim znajomym. Nie wiem czemu. Ale wiem, że to coś poważnego. Normalnie nie miałby takiej załamki.
- Ja... Nie chciałam. Nie pomyślałam , że tak na to zareaguje.
- Ja też! Ale kogo to obchodzi? Cieszmy się , że jesteśmy wszyscy razem!
****
Po upojnej nocy Wstałam wcześniej i zeszłam do kuchni. Po drodze się przeciągłam i wyjrzałam za okno. Na dole siedział już Salomon ale to nie popsuło mi humoru.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry, co Ty taka nabuzowana?
- Właśnie nie wiem. Najlepsze jest to......Że NIE MUSZĘ CHODZIĆ DO SZKOŁY! !!!- Krzyknęłam robiąc sobie kawę i tosty.
- Oj dzieci. - z gazetą wstał z krzesła i poszedł do salonu.
Jedząc tosta patrzyłam w środek nieba. Ukazał mi się straszny widok zgładzonego świata.
- Myjesz uszy? - Zaśmiał się Jonathan.
- Yyy... Co?
- Mówiłem Ci cześć.
- Aha. Cześć. Wzięłam kubek kawy i usiadłam obok okna w holu.
Po chwili doszedł do mnie.
- Nie unikaj mnie.
- Nie unikam. Chcę być sama. Takie to trudne do zrozumienia?
- Co Ci zrobiłem? Chodzi o to objęcie? Ciesz się , że Cię nie pocałowałem...- Syknął.
- A chciałeś? - Przygryzłam wargę. Cholerka.
- Bardzo.
- Czemu?
- Nie wiem. Jakoś tak. Ale nie zrobiłem bo potrafię się po hamować. Chcę tylko żyć z Tobą w zgodzie. Przemyślałem sprawę godzinę temu i ja pogodziłem się z tym wszystkim. Zrozumiałem czemu mi nie powiedziałaś. A z twojej strony?
Ucieszyłam się w myślach. Byłam szczęśliwa. Podniosłem się z fotela i złożyłam serdeczny pocałunek na jego czole.
- Mam przez to zrozumieć , że między nami wszystko ok?
- Tak. Chyba....- Uśmiechnęłam się.
- Mercy......
- No dobre je! Głupku! - Poczochrałam Go po głowie. On objął mnie w pasie i podniósł a ja założyłam nogi na jego tułów. Ręce swobodnie opuściłam. - Co Ty robisz?
- Zanoszę Cię !
- Dokąd?
- Do twojego pokoju bo chyba zapomniałaś się ubrać - Łobuzersko się uśmiechnął. A ja? Cieszyłam się chwilą.
***********************
Tak wiem, że miało nie być ale dowiedziałam się , że mam dwie czytelniczki , które nie zostawiają komentarzy o co bardzo bym je prosiła.
Rozdział ma większość dialogów za co przepraszam osoby , które tego nie lubią ale opisywanie sytuacji itp. nie jest moją mocną stroną.
Serdecznie wam dziękuję za poświęcony czas i zapraszam do czytania dalszych losów bohaterów.
Przypominam , że jest zakładka "Postacie" w, której możecie przebadać wygląd bohaterów.
Buziaki *-*
Nicole♥
sobota, 17 października 2015
WAŻNA WIADOMOŚĆ
Cześć.
Nie dodałam kolejnego rozdziału i raczej nie dodam.
Jest to dla mnie smutne ale niektóre blogi są lubiane inne jak np. Mój nie bardzo. Trochę mi żal porzucić ten potok słów i pomysł ale co mam zrobić jeżeli nikt tu nie zagląda? Jeżeli jestem w błędzie , dajcie znać .
Myślałam nawet żeby zacząć nowy blog , który byłby fanfiction o Maćku Rembowieckim tzn. Rembolu. Pomysł też jest ale wolałbym kontynuować tego bloga. No cóż pewnie i tak nikomu nie będzie się chciało tego czytać ale ...sami wiecie.
Widzimy się w nowy rok. Jeżeli pod tym postem nie będzie żadnego komentarza usuwam bloga bezpowrotnie.
Mogę pisać nawet dla jednej osoby .chociaż by była.
Wasza, zawsze cierpliwa Nicol ♥
Nie dodałam kolejnego rozdziału i raczej nie dodam.
Jest to dla mnie smutne ale niektóre blogi są lubiane inne jak np. Mój nie bardzo. Trochę mi żal porzucić ten potok słów i pomysł ale co mam zrobić jeżeli nikt tu nie zagląda? Jeżeli jestem w błędzie , dajcie znać .
Myślałam nawet żeby zacząć nowy blog , który byłby fanfiction o Maćku Rembowieckim tzn. Rembolu. Pomysł też jest ale wolałbym kontynuować tego bloga. No cóż pewnie i tak nikomu nie będzie się chciało tego czytać ale ...sami wiecie.
Widzimy się w nowy rok. Jeżeli pod tym postem nie będzie żadnego komentarza usuwam bloga bezpowrotnie.
Mogę pisać nawet dla jednej osoby .chociaż by była.
Wasza, zawsze cierpliwa Nicol ♥
piątek, 2 października 2015
Rozdział szósty.
Oniemiałam. Doznałam szoku. Jeszcze nie widziałam Jonathana takiego wkurzonego. I ten jego smutek w głosie.
- To nie tak.. - Chciałam obrócić rozmowę, która mnie czekała w coś miłego.
- Nie? Hymm. Pomyślmy. To jak? Tak, że demonica zaprzyjaźnia się z Archaniołem żeby zniszczyć niebo! Jak mogłaś?! - Wydarł się głośno.
- Jonathan! Pozwól mi się wytłumaczyć!
- Nie masz z czego! Dlaczego mi nie powiedziałaś? Nie skrzywdził bym Cię przecież. Ale po co. Lepiej zniszczyć mój dom! I zabić moją rodzinę! - Wkurzył się jeszcze bardziej.
- Ach tak?! Ale o tym, że wy zaczęliście nie wspomniałeś?! Wy pierwsi zaatakowaliście naszych! I o tym, że jesteś ulubieńcem Boga też nie mówiłeś! Więc sam nie jesteś taki święty.
- Co ja za krzykanie słycham - Naszą kłótnie przerwał jakby naćpany Theo. - Andersenn?!
- Araonn?! - Odpowiedział nazwiskiem mojego kuzyna.
- Ja Cię kręcę. Twoim przyjacielem jest ten typ? Poważnie? Andersenn?!
- Wy się znacie? - Spytałam i z nadzieją, że nic mnie dzisiaj nie zaskoczy czekałam na odpowiedź.
- Jasne. Tego kogoś się nie da nie znać. Kiedyś spotkałem się z nim pod cmentarzem. - Prychnął Theo.
- Dobra dość! - Przerwałam im - Przeszkodziłeś nam w czymś. Proszę odejdź. - Powiedziałam a malutka łza napłynęła mi do oka.
- Jak chcesz odszedł.
A ja stanęłam przed dawnym przyjacielem. Popatrzyłam mu prosto w oczy i Momentalnie moje ładunki płynu spływały po policzkach.
- Przestań.
- I co teraz? - Powiedziałam łkając i szlochałam dalej.
- Przestań płakać. Przyjdą po Ciebie jutro albo dzisiaj w nocy. Może i nawet za nie długo.
- Pozwól mi wytłumaczyć.. - Wybuchnęłam płaczem jeszcze bardziej i Popatrzyłam mu w oczy.
- Nie masz z czego!
~ OCZAMI JONATHANA ~
Jej łzy powodowały ból w moim sercu ale nie potrafiłem jej wybaczyć tego co zrobiła. Nawet nie powiedziała prawdy. Tak na prawdę nic o niej nie wiem. Patrzyłem na nią ale nie miałem czasu żeby się rozczulać. Nie chciałem na nią donosić ale taki był mój obowiązek. Płakała dalej co jeszcze bardziej mi szkodziło. Pobladła a jej oczy były czerwone. Byłem cholernie wkurzony na Mercy.
Dziewczyna zaczęła grzebać coś w kieszeni i powoli wyciągnęła do mnie zaciśniętą dłoń.
- Weź chociaż to. - Położyła mi rękę na mojej i przekazała przedmiot. Zamknęła moją dłoń w pięść i odeszła.
Otworzyłem palce żeby zobaczyć co mi dała. Zobaczyłem naszyjnik z kostką cukru.
Namalował się na mojej twarzy lekki uśmiech ale zaraz zniknął. Zacisnąłem rękę i odleciałem.
~ OCZAMI MERCY -
Zapłakana weszłam do domu.
- Anya! Theo! Samanta! Jack... - Krzyknęłam z żalem. Pierwszy Zszedł Theo.
- Co się stało? - Spytał czule.
Ja nawet nie odpowiedziałam i wtuliłam się w jego ramiona. Zaczęłam moczyć jego koszulę.
- Mercy? Wszystko w porządku? - Anya podchodząc do nas spytała.
- Nie, nie jest. Ona od dawna tak nie płakała. - Odpowiedział za mnie Theo. Za co byłam mu wdzięczna.
-Uspokuj się i zwierz bratu. - Dodał Lucyfer. Po chwili Salomon uderzył mnie laską w łeb a ja się ogarnęłam.
- Ała! Dobra! Już mówię. Tylko usiądę. Musimy się pożegnać. Idę do więzienia. Anielskiego..
- Co?! Coś ty dziecko zrobiła.. Co się stało? Mów! - Szybko Spytał zdenerwowany Jack.
- Jonathan słyszał naszą rozmowę z Luckiem. Pokłóciliśmy się. Muszę odpowiedzieć za swoje czyny. Za coś czego nawet nie chciałam zrobić. On usłyszał to źle! To nie miało być tak.
*********
Czekałam na swój wyrok. Oczywiście cały czas płakałam. Nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że spaprałam sobie życie. Które się oczywiście nie skończy! Mam przez całe istnienie świata kiblować w haźlu.
Przez moją głowę przeszła fala uczuć. Najgorsze jest to co kocham. Kocham mamę, która mnie nie chce znać.
Nikt mnie nie będzie odwiedzał bo nikogo tam nie mam.. A miałam. Pociągnęłam nosem.
Wszystko się zepsuło. Miało być tak pięknie i nie wiem czy mi się wydaje czy nie ale zwyczajnie się chyba zabujałam... W kimś kto mnie nienawidzi... To takie okropne uczucie! Wiesz, że zaraz skończysz swój żywot na ziemi i będziesz w więzieniu! Boże... Ile ja bym dała żeby cofnąć się w czasie. A mogłeś mi pozwolić. Mogłeś. Gdybym rozwaliła wymiar N to czas by się cofnął i niebo dalej by istniało a ja bym nie żyła i nie miał byś przeze mnie problemów.
- Przyszli! - Krzyknął Jack. Wzięłam zdjęcie mojej mamy i zeszłam na dół. Pożegnałam się i dałam zakłuć w kajdany. Piekło mnie bo to są Anielskie kajdanki.
- Ją to boli. - Powiedział drętwo Jonathan. Minęliśmy się wzrokiem i potem nawet nie zwracałam na niego uwagi. Zniknęłam w jakiejś otchłani.
Zobaczyłam swoją cele.
To był mój koniec.
†††††††††††††††††††††††
~ OCZAMI THEO ~
Poszedłem do pokoju i padłem na łóżko. Westchnąłem i klepnąłem się otwartą dłonią w czoło. Czułem się trochę winny. Nie wiem nawet czemu. Jestem tu najmłodszy. Nawet Anya jest starsza! I jeszcze ten incydent, że Mercy jest siostrą Lucyfera. Byłem mega zaskoczony.
Martwię się o nią. Czy ona se poradzi?
Ktoś zapukał do moich drzwi.
- Proszę.
- Cześć, mogę? - Pokazując wzrokiem na łóżko spytała.
- Jasne - Ucieszyłem się na jej obecność. - Teraz Tylko Ty mi Zostałaś. - Odwróciłem się w jej stronę i posłałem uśmiech. Potem szybko wróciłem do swojej poprzedniej pozy.
- Jak się czujesz? - Zapytała ściszonym głosem bawiąc się kosmykiem włosów.
- Jakoś leci. Jak Cię o coś spytam to mi odpowiesz?
- Raczej tak.
- Mercy mówiła, że jesteś zwykle cichsza? Co to za wybuch w nocy?
- A no wiesz... Czasami tak mam. Muszę się wyładować. W końcu zbieram tą złą energię gdzieś. - Spojrzała w sufit.
- Ty nic mi o sobie nie powiedziałaś. Zamieniać się w słuch czy raczej nie masz czasu ? - Usiadłem w siadzie skrzyżnym na przeciwko Any i zacząłem rysować jakieś kółeczka po pościeli palcem.
- Nie mam co o sobie mówić. Chyba tyle, że lubię fotografować. Serio. Nie jestem ciekawym człowiekiem. W porównaniu do Ciebie... - Jej wyraz twarzy trochę posmutniał a ona Spuściła głowę w dół.
- Ej, życie wieczne wcale nie jest takie fajne. Zakochasz się w kimś z ziemi i już masz przechlapane. Ciesz się życiem! W twoim się wiele wydarzy.
- Jesteś pozytywny. Lubię to w Ludziach. Dlaczego powiedziałeś, że jesteś frajerem?
- Nigdy nic mi nie wychodzi. Zawsze coś psuje albo... Nie ważne. - Wstałem i zaświeciłem światło. Było już ciemno. Teraz dopiero dostrzegłem zielone oczy mojej współlokatorki. Kręciły mnie bardzo tego koloru tęczówki. Ale o czym ja myślę?
- A twoja rodzina? Co z nią? - Spytała mnie iskrząc swoje paczadełka. - Nie musisz mówić jak nie chcesz...
- Jeżeli chcesz słuchać to chętnie się wyżalę. - Znów się uśmiechnąłem.
- Mów! - Poklepała miejsce obok niej na znak żebym usiadł. Tak też zrobiłem.
- A więc nie wywodzę się z jakieś super rodziny. Właściwie to z marnej. Miałem czterech braci i siostrę ale moja mama... Zabiła ich. Była alkoholiczką a ojciec wiecznie gdzieś wychodził. Zostawałem z matką sam i musiałem słuchać jej narzekania, że nie jestem taki jak ona chciała. Musiałem wstawać o piątej a ona nie dawała spać do czwartej. Wiecznie miała pretensje o nic. Byłem pomiotem i gnojkiem jak to ona mówiła. Te słowa bardzo mnie bolały. Ale jej to nie obchodziło. Dla niej ważne były tylko pieniądze. Nie ważne.. - Wycofałem się z mówienia dalszej części bo przypominałem sobie chwile ,które były dla mnie ciężkie. Na szczęście moja słuchaczka zorientowała się o co chodzi i skinęła głową. Potem poklepała mnie po ramieniu i wyszła z pokoju.
Zacząłem myśleć jak wydostać Mercy z nieba? Fakt faktem iż to niemożliwe ale przynajmniej się postaram. Dla niej wszystko... Tylko ona mi została. Jeszcze te demony ,które się sprzeciwiły.. I dziwne osoby typu Salomon... Na prawdę dziwny gość.
*********************************************
- ŚRODEK NOCY-
Ktoś szeleszcze, ktoś stuka, ktoś puka w okna i drzwi. Chodzi po ogrodzie i rzuca kamieniami w okna. Wszyscy się obudziliśmy i zeszliśmy do salonu. Kilka osób przebiegało na dworze i się śmiało. Nie mieliśmy pojęcia co jest grane. Wszyscy piorunowali mnie wzrokiem.
- Co się tak patrzycie? - Już wiedziałem o co chodzi.. - Nie! Nie pójdę tam. Nigdy!
- Theo... Jedyny sobie z nimi poradzisz. Jesteś wyjątkowy!
- Jasne. - Prychnąłem. Chociaż słowo "wyjątkowy " o mało nie wywołało buraków na mojej twarzy to olałem te słowa. W prawdzie kobieta mnie prosi. - Ehh.. No dobrze.
Wyszedłem z domu w koszulce i długich spodniach. Było cholernie zimno i nikogo nie widziałem. To było przerażające. - Apsik! - Poczułem, że muszą być tu gdzieś goździki. Mam na nie uczulenie co mi przeszkadza. Ciągle kichałem. Nagle z krzaków wyleciał goblin. Super! Nie mam broni!
- Theo! Masz! - Zawołał Jack. Rzucił mi miecz Mercy. No będzie wkurzona ale trzeba się czymś bronić.
Wbiłem miecz w mózg wroga i w kilku innych. Na koniec zaskoczył mnie jaszczurodemon. Zwali go Gadu, ale ja do niego tak mówić nie będę. Miał on długi ogon, który na samym końcu był bardzo ostry. Ciało normalne a twarz dziwna. Wielkie zębiska, które nie wiadomo jakim cudem nie wbijał się mu do dziąseł. Oczy puste jak u lalki.
Gdzie do cholery jest Lucyfer?! Pomógłby grzyb stary rodzinie a nie! Pornole oglądał...
Dostałem w żebra trzy razy. Zadrapania ciągły mi się od brzucha po plecy. Na koniec jeszcze dostałem w twarz. A dokładniej w policzko. W ostatnim momencie zjawił się Salomon.
- Oh Gadu! Wracaj do domu. Nie pozwoliłem Ci wychodzi!
Przepraszam. - Powiedział łagodnym głosem. I odszedł z potworem głaskając go.
Wróciłem do domu rzucając broń w kąt.
- Serio?! Ja sobie prawie życie tracę a ten mi mówi, że niechcący nie dopilnował jednego z najgroźniejszych demonów?! Ludzie! - Usiadłem na fotelu opierając głowę o rękę.
- Spokojnie! Muszę Cię opatrzyć!
- Samo się zagoi. Samouleczanie mam zakodowane w mózgu.
- Jak chcesz! Jak będziesz czegoś potrzebował to jestem na górze. Samanta też! I Anya - Oznajmił Jack. Oboje poszli na górę a ja oparłem się i Westchnąłem.
- Widzisz, nie jesteś frajerem. Gdybyś był, już bym nie żyła. - Powiedziała dziewczyna po czym skierowała się ku pokoju.
Uśmiechnąłem się w duchu ale po chwili moje ciało zostało porażone negatywną myślą. Myślą, że ktoś zabije Mercy.
†††††††††††††††††††
~ OCZAMI MERCY ~
Siedziałam na kamiennym łóżku i gapiłam się w ścianę. Liczyłam kreski, które rysowali poprzednicy. Cela była około 2m X 2m. Ściany były szare i podłoga również. Przy suficie wisiała na kablu żarówka, która ledwo świeciła. Moje łóżko było mniejsze ode mnie i postawione było w rogu. Obok niego stała żelazna szafeczka. Wyjść nie pozwalały mi kraty antydemoniczne. Było zimno i śmierdziało stęchlizną. Pilnował mnie strażnik.
Właśnie od więźnia z na przeciwka tak waliło. To było nie do zniesienia, czułam się zniesmaczona. Smród był niesamowity.
- Przepraszam! Moglibyście tego typa z tąd wziąć? Cuchnie nie miłosiernie!
- Zamknij twarz. - Splunął mi do celi i chrząknoł.
- Serio? W oborze Cię chwali? Moglibyście chociaż dbać o to miejsce! Hello! To jest Niebo?! Złoże taką relacje,że cały wymiar P będzie miał beke. - Uderzyłam pięścią w ścianę, która się posypała- Nawet budować dobrze nie umiecie. Zadufane w sobie leszcze z ryjem niemca. - Prychnąłam.
- Milcz! - Uderzył mnie biciem w twarz.
- Rozumiem, że jestem przestępczynią ale to jest nie męskie bić dziewczynę.
- Zamknij się kobieto! - Tym razem dostałam prawego sierpowego. Obróciłam się o 360 stopni i ledwo utrzymałam równowagę.
- Co Ty robisz?! Do Tiula! Już. Faceci.. - Usłyszałam kobiecy cienki głos. Po chwili na warte przyszedł Jonathan. To będzie męka. Nie Miałam zamiaru się odzywać, i tak by mnie nie słuchał. Po kilku godzinach Odwrócił się w moją stronę.
- Masz gościa. - Rzucił sucho i odszedł kilka kroków w tył, tak by mnie widzieć. Kto by mnie odwiedzał?
Po chwili przede mną pojawiła się smukła kobieta o ciemno brązowych włosach i z lekka pozmarszczaną skórą.
- M..Mercy? - Jęknęła, ocierając jedną ręką łzę a drugą dotykając mojej twarzy.
- Mamo. - Chwyciłam jej dłoń. Obie Zaczęłyśmy płakać.
- Zmieniłaś się...
- Wiem, mamo! Przepraszam Cię, ja tego nie chciałam, chciałam dobrze. Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jestem takim czymś?! Że jestem siostrą Lucyfera i, że byłaś z poprzednim Lucyferem? Dowiedziałam się tego od moich opiekunów! Wiesz jak mi było wstyd?.. Nie ważne - Przytuliłam ją mocno - Theo wrócił. Miałam wczoraj urodziny...
- Wiem skarbie, mam dla Ciebie prezent - odchyliła się do tyłu. Spojrzała mi w oczy. -Wybaczam Ci...
- Naprawdę?! - Zaczęłam jeszcze bardziej płakać i pociągać nosem. Ukradkiem dostrzegłam, że i Jonathan ledwo tamuje łzy ściskając naszyjnik, który mu dałam.
- Córuś? Ależ w co Ty się zamieniasz? Miało nie być komplikacji..
- Nie umiem opisać tego czym jestem, Pokazałbym Ci ale nie jestem pewna czy mogę. - Skierowałam swój wzrok w kierunku Jonathana. On skinął głową. Ja zaczęłam się przemieniać. Moja mama nie wierzyła oczom a chłopak spuścił spojrzenie w dół żeby nie mieć pytajników w oczach. Gdy wróciłam do swojego normalnego ciała sytuacja ustabilizowała się.
- Muszę już iść. Żegnaj Mercy, Mercy Daredevil... - Odeszła a ja ze smutku wyciągnęłam rękę ku niej porażając się jedną z krat. Odskoczyłam do tyłu i usiadłam na łóżku.
- Nie jest tak źle. Widziałem gorsze twory. - Krępującą ciszę przerwał mój wcześniejszy obiekt westchnień.
- Zostaw mnie... - Ociężale powiedziałam.
- Jak sobie życzysz. - Oparł się o kraty z mojej celi. Tym razem nie potrafiłam na niego nie patrzeć. Przypomniałam sobie nasze wspólne chwile, to w lesie i wszystko. - Co? - Spytał widząc moje iskry w Oczach.
- Nic. Po prostu Chciałam na Ciebie spojrzeć. - Skuliłam się w koncie łóżka.
- Yhymm. - Odszedł od mojej celi i jął rozmawiać z moim sąsiadem. Moje dni będą tak wyglądały do końca świata. Muszę się przyzwyczaić.
†††††
Cześć! Rozdział, krótki ale się pojawił ;) Inni dodają jeszcze rzadziej! Także cieszmy się tym co mamy xD
Pod ostatnim postem pojawiły się dwa komentarze. Trochę mało jak na to co, chciałam zrobić.
Mianowicie chodzi o to, że planowałam zrobić konkurs.
Konkurs na zdarzenie.
Jeżeli pod tą notką będą przynajmniej TRZY komentarze, zrobię ten konkurs! Daje wam... Nie wiem ile czasu ale nie mało ;) Jeżeli spełnią się moje powyższe wymogi, następny nie będzie rozdział ale Ogłoszenie o konkursie!
Ciepło ściskam i zachęcam do brania udziału! Buziole <3
Nicole ^~^
- To nie tak.. - Chciałam obrócić rozmowę, która mnie czekała w coś miłego.
- Nie? Hymm. Pomyślmy. To jak? Tak, że demonica zaprzyjaźnia się z Archaniołem żeby zniszczyć niebo! Jak mogłaś?! - Wydarł się głośno.
- Jonathan! Pozwól mi się wytłumaczyć!
- Nie masz z czego! Dlaczego mi nie powiedziałaś? Nie skrzywdził bym Cię przecież. Ale po co. Lepiej zniszczyć mój dom! I zabić moją rodzinę! - Wkurzył się jeszcze bardziej.
- Ach tak?! Ale o tym, że wy zaczęliście nie wspomniałeś?! Wy pierwsi zaatakowaliście naszych! I o tym, że jesteś ulubieńcem Boga też nie mówiłeś! Więc sam nie jesteś taki święty.
- Co ja za krzykanie słycham - Naszą kłótnie przerwał jakby naćpany Theo. - Andersenn?!
- Araonn?! - Odpowiedział nazwiskiem mojego kuzyna.
- Ja Cię kręcę. Twoim przyjacielem jest ten typ? Poważnie? Andersenn?!
- Wy się znacie? - Spytałam i z nadzieją, że nic mnie dzisiaj nie zaskoczy czekałam na odpowiedź.
- Jasne. Tego kogoś się nie da nie znać. Kiedyś spotkałem się z nim pod cmentarzem. - Prychnął Theo.
- Dobra dość! - Przerwałam im - Przeszkodziłeś nam w czymś. Proszę odejdź. - Powiedziałam a malutka łza napłynęła mi do oka.
- Jak chcesz odszedł.
A ja stanęłam przed dawnym przyjacielem. Popatrzyłam mu prosto w oczy i Momentalnie moje ładunki płynu spływały po policzkach.
- Przestań.
- I co teraz? - Powiedziałam łkając i szlochałam dalej.
- Przestań płakać. Przyjdą po Ciebie jutro albo dzisiaj w nocy. Może i nawet za nie długo.
- Pozwól mi wytłumaczyć.. - Wybuchnęłam płaczem jeszcze bardziej i Popatrzyłam mu w oczy.
- Nie masz z czego!
~ OCZAMI JONATHANA ~
Jej łzy powodowały ból w moim sercu ale nie potrafiłem jej wybaczyć tego co zrobiła. Nawet nie powiedziała prawdy. Tak na prawdę nic o niej nie wiem. Patrzyłem na nią ale nie miałem czasu żeby się rozczulać. Nie chciałem na nią donosić ale taki był mój obowiązek. Płakała dalej co jeszcze bardziej mi szkodziło. Pobladła a jej oczy były czerwone. Byłem cholernie wkurzony na Mercy.
Dziewczyna zaczęła grzebać coś w kieszeni i powoli wyciągnęła do mnie zaciśniętą dłoń.
- Weź chociaż to. - Położyła mi rękę na mojej i przekazała przedmiot. Zamknęła moją dłoń w pięść i odeszła.
Otworzyłem palce żeby zobaczyć co mi dała. Zobaczyłem naszyjnik z kostką cukru.
Namalował się na mojej twarzy lekki uśmiech ale zaraz zniknął. Zacisnąłem rękę i odleciałem.
~ OCZAMI MERCY -
Zapłakana weszłam do domu.
- Anya! Theo! Samanta! Jack... - Krzyknęłam z żalem. Pierwszy Zszedł Theo.
- Co się stało? - Spytał czule.
Ja nawet nie odpowiedziałam i wtuliłam się w jego ramiona. Zaczęłam moczyć jego koszulę.
- Mercy? Wszystko w porządku? - Anya podchodząc do nas spytała.
- Nie, nie jest. Ona od dawna tak nie płakała. - Odpowiedział za mnie Theo. Za co byłam mu wdzięczna.
-Uspokuj się i zwierz bratu. - Dodał Lucyfer. Po chwili Salomon uderzył mnie laską w łeb a ja się ogarnęłam.
- Ała! Dobra! Już mówię. Tylko usiądę. Musimy się pożegnać. Idę do więzienia. Anielskiego..
- Co?! Coś ty dziecko zrobiła.. Co się stało? Mów! - Szybko Spytał zdenerwowany Jack.
- Jonathan słyszał naszą rozmowę z Luckiem. Pokłóciliśmy się. Muszę odpowiedzieć za swoje czyny. Za coś czego nawet nie chciałam zrobić. On usłyszał to źle! To nie miało być tak.
*********
Czekałam na swój wyrok. Oczywiście cały czas płakałam. Nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że spaprałam sobie życie. Które się oczywiście nie skończy! Mam przez całe istnienie świata kiblować w haźlu.
Przez moją głowę przeszła fala uczuć. Najgorsze jest to co kocham. Kocham mamę, która mnie nie chce znać.
Nikt mnie nie będzie odwiedzał bo nikogo tam nie mam.. A miałam. Pociągnęłam nosem.
Wszystko się zepsuło. Miało być tak pięknie i nie wiem czy mi się wydaje czy nie ale zwyczajnie się chyba zabujałam... W kimś kto mnie nienawidzi... To takie okropne uczucie! Wiesz, że zaraz skończysz swój żywot na ziemi i będziesz w więzieniu! Boże... Ile ja bym dała żeby cofnąć się w czasie. A mogłeś mi pozwolić. Mogłeś. Gdybym rozwaliła wymiar N to czas by się cofnął i niebo dalej by istniało a ja bym nie żyła i nie miał byś przeze mnie problemów.
- Przyszli! - Krzyknął Jack. Wzięłam zdjęcie mojej mamy i zeszłam na dół. Pożegnałam się i dałam zakłuć w kajdany. Piekło mnie bo to są Anielskie kajdanki.
- Ją to boli. - Powiedział drętwo Jonathan. Minęliśmy się wzrokiem i potem nawet nie zwracałam na niego uwagi. Zniknęłam w jakiejś otchłani.
Zobaczyłam swoją cele.
To był mój koniec.
†††††††††††††††††††††††
~ OCZAMI THEO ~
Poszedłem do pokoju i padłem na łóżko. Westchnąłem i klepnąłem się otwartą dłonią w czoło. Czułem się trochę winny. Nie wiem nawet czemu. Jestem tu najmłodszy. Nawet Anya jest starsza! I jeszcze ten incydent, że Mercy jest siostrą Lucyfera. Byłem mega zaskoczony.
Martwię się o nią. Czy ona se poradzi?
Ktoś zapukał do moich drzwi.
- Proszę.
- Cześć, mogę? - Pokazując wzrokiem na łóżko spytała.
- Jasne - Ucieszyłem się na jej obecność. - Teraz Tylko Ty mi Zostałaś. - Odwróciłem się w jej stronę i posłałem uśmiech. Potem szybko wróciłem do swojej poprzedniej pozy.
- Jak się czujesz? - Zapytała ściszonym głosem bawiąc się kosmykiem włosów.
- Jakoś leci. Jak Cię o coś spytam to mi odpowiesz?
- Raczej tak.
- Mercy mówiła, że jesteś zwykle cichsza? Co to za wybuch w nocy?
- A no wiesz... Czasami tak mam. Muszę się wyładować. W końcu zbieram tą złą energię gdzieś. - Spojrzała w sufit.
- Ty nic mi o sobie nie powiedziałaś. Zamieniać się w słuch czy raczej nie masz czasu ? - Usiadłem w siadzie skrzyżnym na przeciwko Any i zacząłem rysować jakieś kółeczka po pościeli palcem.
- Nie mam co o sobie mówić. Chyba tyle, że lubię fotografować. Serio. Nie jestem ciekawym człowiekiem. W porównaniu do Ciebie... - Jej wyraz twarzy trochę posmutniał a ona Spuściła głowę w dół.
- Ej, życie wieczne wcale nie jest takie fajne. Zakochasz się w kimś z ziemi i już masz przechlapane. Ciesz się życiem! W twoim się wiele wydarzy.
- Jesteś pozytywny. Lubię to w Ludziach. Dlaczego powiedziałeś, że jesteś frajerem?
- Nigdy nic mi nie wychodzi. Zawsze coś psuje albo... Nie ważne. - Wstałem i zaświeciłem światło. Było już ciemno. Teraz dopiero dostrzegłem zielone oczy mojej współlokatorki. Kręciły mnie bardzo tego koloru tęczówki. Ale o czym ja myślę?
- A twoja rodzina? Co z nią? - Spytała mnie iskrząc swoje paczadełka. - Nie musisz mówić jak nie chcesz...
- Jeżeli chcesz słuchać to chętnie się wyżalę. - Znów się uśmiechnąłem.
- Mów! - Poklepała miejsce obok niej na znak żebym usiadł. Tak też zrobiłem.
- A więc nie wywodzę się z jakieś super rodziny. Właściwie to z marnej. Miałem czterech braci i siostrę ale moja mama... Zabiła ich. Była alkoholiczką a ojciec wiecznie gdzieś wychodził. Zostawałem z matką sam i musiałem słuchać jej narzekania, że nie jestem taki jak ona chciała. Musiałem wstawać o piątej a ona nie dawała spać do czwartej. Wiecznie miała pretensje o nic. Byłem pomiotem i gnojkiem jak to ona mówiła. Te słowa bardzo mnie bolały. Ale jej to nie obchodziło. Dla niej ważne były tylko pieniądze. Nie ważne.. - Wycofałem się z mówienia dalszej części bo przypominałem sobie chwile ,które były dla mnie ciężkie. Na szczęście moja słuchaczka zorientowała się o co chodzi i skinęła głową. Potem poklepała mnie po ramieniu i wyszła z pokoju.
Zacząłem myśleć jak wydostać Mercy z nieba? Fakt faktem iż to niemożliwe ale przynajmniej się postaram. Dla niej wszystko... Tylko ona mi została. Jeszcze te demony ,które się sprzeciwiły.. I dziwne osoby typu Salomon... Na prawdę dziwny gość.
*********************************************
- ŚRODEK NOCY-
Ktoś szeleszcze, ktoś stuka, ktoś puka w okna i drzwi. Chodzi po ogrodzie i rzuca kamieniami w okna. Wszyscy się obudziliśmy i zeszliśmy do salonu. Kilka osób przebiegało na dworze i się śmiało. Nie mieliśmy pojęcia co jest grane. Wszyscy piorunowali mnie wzrokiem.
- Co się tak patrzycie? - Już wiedziałem o co chodzi.. - Nie! Nie pójdę tam. Nigdy!
- Theo... Jedyny sobie z nimi poradzisz. Jesteś wyjątkowy!
- Jasne. - Prychnąłem. Chociaż słowo "wyjątkowy " o mało nie wywołało buraków na mojej twarzy to olałem te słowa. W prawdzie kobieta mnie prosi. - Ehh.. No dobrze.
Wyszedłem z domu w koszulce i długich spodniach. Było cholernie zimno i nikogo nie widziałem. To było przerażające. - Apsik! - Poczułem, że muszą być tu gdzieś goździki. Mam na nie uczulenie co mi przeszkadza. Ciągle kichałem. Nagle z krzaków wyleciał goblin. Super! Nie mam broni!
- Theo! Masz! - Zawołał Jack. Rzucił mi miecz Mercy. No będzie wkurzona ale trzeba się czymś bronić.
Wbiłem miecz w mózg wroga i w kilku innych. Na koniec zaskoczył mnie jaszczurodemon. Zwali go Gadu, ale ja do niego tak mówić nie będę. Miał on długi ogon, który na samym końcu był bardzo ostry. Ciało normalne a twarz dziwna. Wielkie zębiska, które nie wiadomo jakim cudem nie wbijał się mu do dziąseł. Oczy puste jak u lalki.
Gdzie do cholery jest Lucyfer?! Pomógłby grzyb stary rodzinie a nie! Pornole oglądał...
Dostałem w żebra trzy razy. Zadrapania ciągły mi się od brzucha po plecy. Na koniec jeszcze dostałem w twarz. A dokładniej w policzko. W ostatnim momencie zjawił się Salomon.
- Oh Gadu! Wracaj do domu. Nie pozwoliłem Ci wychodzi!
Przepraszam. - Powiedział łagodnym głosem. I odszedł z potworem głaskając go.
Wróciłem do domu rzucając broń w kąt.
- Serio?! Ja sobie prawie życie tracę a ten mi mówi, że niechcący nie dopilnował jednego z najgroźniejszych demonów?! Ludzie! - Usiadłem na fotelu opierając głowę o rękę.
- Spokojnie! Muszę Cię opatrzyć!
- Samo się zagoi. Samouleczanie mam zakodowane w mózgu.
- Jak chcesz! Jak będziesz czegoś potrzebował to jestem na górze. Samanta też! I Anya - Oznajmił Jack. Oboje poszli na górę a ja oparłem się i Westchnąłem.
- Widzisz, nie jesteś frajerem. Gdybyś był, już bym nie żyła. - Powiedziała dziewczyna po czym skierowała się ku pokoju.
Uśmiechnąłem się w duchu ale po chwili moje ciało zostało porażone negatywną myślą. Myślą, że ktoś zabije Mercy.
†††††††††††††††††††
~ OCZAMI MERCY ~
Siedziałam na kamiennym łóżku i gapiłam się w ścianę. Liczyłam kreski, które rysowali poprzednicy. Cela była około 2m X 2m. Ściany były szare i podłoga również. Przy suficie wisiała na kablu żarówka, która ledwo świeciła. Moje łóżko było mniejsze ode mnie i postawione było w rogu. Obok niego stała żelazna szafeczka. Wyjść nie pozwalały mi kraty antydemoniczne. Było zimno i śmierdziało stęchlizną. Pilnował mnie strażnik.
Właśnie od więźnia z na przeciwka tak waliło. To było nie do zniesienia, czułam się zniesmaczona. Smród był niesamowity.
- Przepraszam! Moglibyście tego typa z tąd wziąć? Cuchnie nie miłosiernie!
- Zamknij twarz. - Splunął mi do celi i chrząknoł.
- Serio? W oborze Cię chwali? Moglibyście chociaż dbać o to miejsce! Hello! To jest Niebo?! Złoże taką relacje,że cały wymiar P będzie miał beke. - Uderzyłam pięścią w ścianę, która się posypała- Nawet budować dobrze nie umiecie. Zadufane w sobie leszcze z ryjem niemca. - Prychnąłam.
- Milcz! - Uderzył mnie biciem w twarz.
- Rozumiem, że jestem przestępczynią ale to jest nie męskie bić dziewczynę.
- Zamknij się kobieto! - Tym razem dostałam prawego sierpowego. Obróciłam się o 360 stopni i ledwo utrzymałam równowagę.
- Co Ty robisz?! Do Tiula! Już. Faceci.. - Usłyszałam kobiecy cienki głos. Po chwili na warte przyszedł Jonathan. To będzie męka. Nie Miałam zamiaru się odzywać, i tak by mnie nie słuchał. Po kilku godzinach Odwrócił się w moją stronę.
- Masz gościa. - Rzucił sucho i odszedł kilka kroków w tył, tak by mnie widzieć. Kto by mnie odwiedzał?
Po chwili przede mną pojawiła się smukła kobieta o ciemno brązowych włosach i z lekka pozmarszczaną skórą.
- M..Mercy? - Jęknęła, ocierając jedną ręką łzę a drugą dotykając mojej twarzy.
- Mamo. - Chwyciłam jej dłoń. Obie Zaczęłyśmy płakać.
- Zmieniłaś się...
- Wiem, mamo! Przepraszam Cię, ja tego nie chciałam, chciałam dobrze. Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jestem takim czymś?! Że jestem siostrą Lucyfera i, że byłaś z poprzednim Lucyferem? Dowiedziałam się tego od moich opiekunów! Wiesz jak mi było wstyd?.. Nie ważne - Przytuliłam ją mocno - Theo wrócił. Miałam wczoraj urodziny...
- Wiem skarbie, mam dla Ciebie prezent - odchyliła się do tyłu. Spojrzała mi w oczy. -Wybaczam Ci...
- Naprawdę?! - Zaczęłam jeszcze bardziej płakać i pociągać nosem. Ukradkiem dostrzegłam, że i Jonathan ledwo tamuje łzy ściskając naszyjnik, który mu dałam.
- Córuś? Ależ w co Ty się zamieniasz? Miało nie być komplikacji..
- Nie umiem opisać tego czym jestem, Pokazałbym Ci ale nie jestem pewna czy mogę. - Skierowałam swój wzrok w kierunku Jonathana. On skinął głową. Ja zaczęłam się przemieniać. Moja mama nie wierzyła oczom a chłopak spuścił spojrzenie w dół żeby nie mieć pytajników w oczach. Gdy wróciłam do swojego normalnego ciała sytuacja ustabilizowała się.
- Muszę już iść. Żegnaj Mercy, Mercy Daredevil... - Odeszła a ja ze smutku wyciągnęłam rękę ku niej porażając się jedną z krat. Odskoczyłam do tyłu i usiadłam na łóżku.
- Nie jest tak źle. Widziałem gorsze twory. - Krępującą ciszę przerwał mój wcześniejszy obiekt westchnień.
- Zostaw mnie... - Ociężale powiedziałam.
- Jak sobie życzysz. - Oparł się o kraty z mojej celi. Tym razem nie potrafiłam na niego nie patrzeć. Przypomniałam sobie nasze wspólne chwile, to w lesie i wszystko. - Co? - Spytał widząc moje iskry w Oczach.
- Nic. Po prostu Chciałam na Ciebie spojrzeć. - Skuliłam się w koncie łóżka.
- Yhymm. - Odszedł od mojej celi i jął rozmawiać z moim sąsiadem. Moje dni będą tak wyglądały do końca świata. Muszę się przyzwyczaić.
†††††
Cześć! Rozdział, krótki ale się pojawił ;) Inni dodają jeszcze rzadziej! Także cieszmy się tym co mamy xD
Pod ostatnim postem pojawiły się dwa komentarze. Trochę mało jak na to co, chciałam zrobić.
Mianowicie chodzi o to, że planowałam zrobić konkurs.
Konkurs na zdarzenie.
Jeżeli pod tą notką będą przynajmniej TRZY komentarze, zrobię ten konkurs! Daje wam... Nie wiem ile czasu ale nie mało ;) Jeżeli spełnią się moje powyższe wymogi, następny nie będzie rozdział ale Ogłoszenie o konkursie!
Ciepło ściskam i zachęcam do brania udziału! Buziole <3
Nicole ^~^
niedziela, 27 września 2015
Rozdział piąty.
Dzień jak codzień był nudny i nic specjalnego się nie działo. Może tam zabawne momenty z Any'o lub Jonathanem. Ale to pominę. Ludzie zaczęli znów wysyłać fałszywe niusy do sieci, że niby koniec świata będzie i takie tam pierdołki. Ci ziemianie przeżywali tych końców świata! Będzie co wnuką opowiadać. Twarde babki z was dziołchy! Dość o Tych głupich rzeczach. Niedaleko pewnej szkoły zaczęto budować sale gimnastyczną, cieszyli się bardzo do czasu. Obok stał nie wielki cmentarz żydowski co sprawiło, że nauczyciele zaczęli się obawiać o to, że gdy będą kopać fundamenty mogą odkryć pozostałości po cmentarzu. Szkoła podczas pierwszej wojny światowej była szpitalem i to sprawiło całe zamieszanie. Nikt nie mówił o Niemcach dobrze, nigdy nie wiadomo co mogli przed szpitalem w ziemi chować... Ale dość już o tym. Dostałam zlecenie, bardzo blisko tej szkoły. Zrobiłam co miałam zrobić i z czystej ciekawości poleciałam tam. Wszystko zarośnięte i nikt o to nawet nie dba. Pełno obłąkanych dusz i dziwnych karykatur demonów. Na wszystkich nagrobkach można było zobaczyć napis: " Zginęła/ął z ręki Hitlerowskiej. Nie zdziwiłam się szczególnie, ale ten Adolf to ma w piekle życie. Jest jednym z tych "złych ". Inni noszą mu tace z jedzeniem i ludzką krew. W wymiarze N to tak przeklinają na niego! Oczywiście po "Anielsku ".
Czasem można było zobaczyć co dzieje się w niebie Przedziela nas odporna na wszystko szyba. Niekiedy chciałam spotkać się z matką ale nie miałam odwagi. Nie miałam odwagi by po tym wszystkich po prostu spojrzeć jej prosto w oczy. Serce mi puszczało szwy na myśl o tym. Myśli nasiąkły żalem. Jak mogłam to zrobić. Jak? Właśnie. Mogłam. Jak widać czasem potrafię zachować zimną krew i zabić najbliższych. W końcu myślałam wtedy mózgiem mordercy. Nie dawno znów się nim stałam. Pozabijałam Anielskie dzieci. To straszne ale prawdziwe. Krwią rysować znaki chcieliśmy szatańskie ale nie stykło czasu. Wyrwałam jednemu skrzydła z pleców a ono się darło w niebo głosy. Szybkim ruchem odcięłam ręce i udusiłam. Tak... Okrutnie. Ups! Malutka śmierć. Jeju. Straszne! Oni naszym my im. Życie.
- Mercy! Mercy?! Halo! Pytałam Cię o coś?! Możesz mi odpowiedzieć czy ocenę niedostateczną chcesz otrzymać?
- Słucham?! Przepraszam.. Wydawało mi się, że jest już po lekcjach... - Zdezorientowana odpowiedziałam.
- Bo jest! Budzimy się. Jesteś na dodatkowych z chemii. Odpowiesz mi na pytanie? Jest naprawdę na poziomie podstawówki...
- Może pani powtórzyć?
- Ehh... Co to jest mieszanina jednorodna i niejednorodna?
- Nie wiem - Naprawdę. Nie wiedziałam takich prostych rzeczy. Nie wiedziałam co się dzieje i chciałam wyjść z sali.
- Słucham?! Żarty sobie stroisz? Odpowiedz mi natychmiast albo wpisuje ujemne punkty. To wstyd nie wiedzieć takich informacji po tylu latach nauki. - Oburzona nauczycielka patrzyła na mnie z zażenowaniem.
Nie wytrzymałam i po prostu wybuchły we mnie wszystkie spokojne komórki. Nerwy puściły i...
- Nie uczyłam się tego okey?! Uczyłam się o niebie i piekle a nie o takich badziewnych szczegółach, które wogule mi się nie przydadzą! Ja nie mogę! Po co wogule jestem na tych dodatkowych?! Nie chciałam na nie chodzić a szkoła nie powinna naciskać na uczniów i interesować się ich prywatnym życiem a wy ciągle wypytujecie nas o coś czego nie chcemy wam kurde mówić! Jak nie rozumiecie to się dokształcić trzeba. Idźcie się leczyć na głowę... Kiedy my tu powtarzamy coś co już było to inni tracą skrzydła lub życie...
- Mercy! Jestem oburzona twoim zachowaniem.
- Przepraszam... - Wzięłam rzeczy i wyszłam z sali. Zabrałam rzeczy z szatni i poszłam do lasu. Po drodze spotkałam Jonathana.
- O czym Ty mówiłaś na chemii? - Spytał z uniesioną brwią.
- Tak się teraz ludzi wita?! O niczym. - Wkurzona przyspieszyłam Kroku.
- Ludzi? Okey przepraszam. Cześć, o co Ci chodziło na chemii? - z drwiną powiedział.
- Czy Ty coś sugerujesz? Chodziło mi o to, że nauczyciele zawracają nam za przeproszeniem dupy a wokół jest zło. Młodym ludziom ucina się skrzydła i nie potrafią sobie poradzić a inni popełniają samobójstwa. - Próbowałam wytłumaczyć to jakoś po ludzku, nie wiem czy mi uwierzył ale.. - Zaraz, zaraz. Co Ty tam robiłeś?
- Od dłuższego czasu uczęszczam na te zajęcia. Chyba nie zauważyłaś, ale trudno. Ehemm... To ciekawe. Wiesz, że zabito nam młode Anioły? I to Archanioły... Demony są podłe. - Opuścił głowę w dół.
- Skąd niby miałam to słyszeć? - Co za tupet! Ale, że oni naszych zabili to nie wspomina. Myślą tylko o sobie.
- Nie wiem. W końcu nie jesteś do końca normalną osobą?- Uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Fajnie wiedzieć. Sorry, ale muszę już iść. Mam obowiązki. Pa!
Bez oczekiwania na odpowiedź ruszyłam w kierunku domu.Szczerze mówiąc uciekłam bo byłam głodna. Miałam ochotę na dużą porcję spaghetti lub czegoś co by mnie zapchało. Głupio tak dzisiaj wyszło... Ta akcja z chemią i Jonathanem. Moje urojenia, że dzień już minął... Ehh... Jeszcze wzmianka o naszych dzieciach... Lucyferze... Schodzę na psy! Boli mnie głowa... Ledwo się ciągne do domu taszcząc za sobą torbę. Mijam bezpańskie psy i koty oraz inne zwierzęta... Meneli, dresiarzy i tak dalej. Woow! Nowość. Żaden nie spróbował mnie zgwałcić. Chyba już się mnie boją, co nie ukrywam, zadowala mnie i cieszy. Uradowana tym, że doczołgałam się do domu, Otwarłam drzwi i poczułam zapach mięsa.
- Co tak pachnie? - Na wstępie powiedziałam.
- Stejki! - Krzyknął Jack. Również był rad, że taka kolacja dzisiaj. Wszystkim ciekła ślinka. Wszystko wyglądało niesamowicie pysznie. Aż chciało się zatopić w grubym kawałku mięsa, które było pół krwiste. Do tego ziemniaki pieczone w całości z masłem czosnkowym i kolba kukurydzy. Skonsumowałam wszystko i wylizałam talerz jak dziecko. Potem poszłam do swojego pokoju i cieszyłam się smacznym posiłkiem. Poszłam spać spokojnie bo na szczęście jutro miała być sobota. Mój ulubiony dzień! Najwięcej przerażających demonów można spotkać.Kiedyś minęłam się z pierwszym mrocznym kosiarzem... Miał okropną twarz. Nie to co Kosiarz z simsów... Taką poparzaoną jakby.
***
- Auć!
- Co do... - Przebudziłam się około trzeciej w nocy. Otarłam oczy, które miałam zaspane i powolnym ruchem wstałam z łóżka. Ubrałam papcie i delikatnie Otwarłam drzwi. Drogę oświetlałam sobie telefonem.
~Trzask! ~
Usłyszałam spadające rzeczy w salonie więc Śpiesznie tam poszłam. Po drodze potknęłam się o coś. Był to..
- Cukier?! Co on do diabła tu robi?! - ~trzask!~. Znów usłyszałam ten dźwięk.
- Ała!
- Kto tu jest?! - Spytałam zakładając, że to Jonathan. Pomyliłam się. Włączyłam światło i moim oczom ukazała się twarz bardzo dobrze mi znana.
- Theo?! Co Ty tu robisz?!
- Cześć? Ehh... Miałem Cię śledzić. Lucek mi kazał.. No widzisz nawet tego nie potrafię. - Zaskoczony chłopak usiadł na sofie.
- Co tu się się dzieje?! - Wystraszony Jack schodząc po schodach z Samantą powiedział. - Theo?!
- Jack! - Obydwoje podeszli do siebie i odstawili coś w stylu powitania.
- Wy się znacie? - Spytałam zaciekawiona.
- Oczywiście! Theo był tu kiedyś. Dawno temu... Naszej Any jeszcze nie było!
- Przepraszam... Kogo? - Nie ogarniający sytuacji chłopak Spytał.
- Jezu! Nie macie kiedy dyskutować tylko w środku nocy? Spać wam się nie chce? Czy znowu kurde Lucka pobiłaś i Salomon odwala jakieś przepowiednie a mama opowiada o przeszłości? - Wogule nie przejęta obecnością Theo, Anya odłożyła kubek po kawie do zlewu.
- To jest Anya. Córeczka o, której przed Chwilą Ci mówiłem - Z satysfakcją powiedział Jack.
- Córeczka? Chyba córka. Za stara na córeczkę.
- Theo! - Zmierzyłam Go wzrokiem.
Anya odwróciła się w kierunku mojego kuzyna i wyraźnie widać było zaskoczonie i zainteresowanie osobą. Theo tylko podniósł głowę w górę i z pytającym wzrokiem powiedziała "Co?".
- Nic! Kim Ty jesteś?
- Ehh - Wstał i zaczął tłumaczyć. - jestem Theo. Kuzyn Mercy. Miałem ją śledzić ale jestem kaleką i frajerem. Strzeże bram do piekła i tyle. - Posłał mi łobuzerski uśmiech a ja przewróciłam oczami.
- Bez takich szczegółów kochany. Zostaniesz czy wracasz? - Uśmiechnięta Samanta spytała.
- Ja musze wracać.
- Przecież miałeś mnie śledzić? Ile czasu Ci dał?
- Rok.
- No to możesz zostać. Ale niestety wolisz wracać do domu... -Oparłam się o blat i westchnęłam.
- Oczywiście - Odpowiedział z sarkazmem. - Jasne, że wolę zostać ale to może być kłopot.
- No może ale chętnie Cię tu przetrzymamy! - Wesoło Walnął Jack. - Anya ustąpi Ci pokoju!
Pijąca właśnie dziewczyna na te słowa wypluła koktajl.
- Co Kurwa?!
- Anya! Wyrażaj się. - Zaskoczona Samanta ją upomniała.
- Proszę pana. Nie wypada tak chyba nie? No nie wiem jak was wychowywano ale mnie dobrze. - Wzruszył ramionami a ja zachihotałam pod nosem.
- On ma rację! Nie będę ustępować mu pokoju. - Oburzona i opluta Anya zaprotestowała.
- Mam pomysł! Ja mu oddam swój pokój i pójdę do Any. Chyba, że masz czemuś przeciwko?
- Nie to świetny pomysł! Będę mogła Cie fotografować i wogule - Ucieszyła się Anya. Zaprowadziłam Theo do pokoju a sama poszłam do swojego nowego. Poszłam spać.
***
- Malowała się, szafy miała dwie każdy wiedział, że!
Ona miała suknie kolorową, czarne getry, czapkę i bluzę sportową!
- Co znowu..... - Promyki słońca muskały moją twarz, była dziewiąta rano a gdy się ogarnęłam dostrzegłam, że to Jack śpiewał w ogrodzie. Wszyscy już tam byli oprócz mnie. Musiałam się wyspać.
Wzięłam pierwsze lepsze ciuchy z szafy czyli czarne getry, białą bluzkę na ramiączkach i szarą bluzę z napisem " Przeszłość Zginęła ".
Nie wiem co oznacza ten napis ale było chłodno. Poszłam do kuchni i zjadłam gofry, które leżały na stole. Spięłam włosy w kucyk i umyłam zęby. Sprawdziłam facebooka i SMS-y. Było ich kilka. Jeden od Any.
OD ANYA: JAK WSTANIESZ IDŹ DO OGRODU! ;).
Jak mi napisała tak też zrobiłam. Idąc mokrą od rosy trawą zauważyłam, że stoi tam więcej osób niż moja tymczasowa rodzina. Był tam Lucyfer i Salomon.
- Cześć! Co wy tu robicie?
- W głowę dostałaś? Czy morze gorzej - Odezwał się Theo. Ze swoim uśmieszkiem podszedł do mnie i szepnął.- Urodziny masz.
- Przecież nie lubię imprez. - Odparłam niezadowolona.
- Mówiłem im ale nie słuchali.
Byłam poirytowana. I nie chciało mi się patrzeć na te wszystkie ozdoby i dekoracje.
Pozostało mi tylko udawać.
- Wszystkiego najlepszego! - Krzyknęli moi opiekunowie i Anya.
- Dziękuję! Od kiedy słuchacie polskiego disco polo? - Rzuciłam głupkowato.
- Jest lepsze od naszego! Zabiorę Ciebie w podróż do gwiazd! - Kontynuował swoje "śpiewanie ". Oddaliłam się i usiadłam na huśtawce. Popatrzyłam w chmury i dostałam SMS.
OD JONATHAN :
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO :D.
Heh. Pamiętał.
DO JONATHAN. :
DZIĘKUJĘ ^~^.
Było dosyć chłodno więc skuliłam się żeby zakryć nogi. Westchnęłam i czekałam na to, by się wyrwać. Moje czekanie przerwał Theo.
- Nad czym tak myślisz? - Spytał przysiadając się do mnie i oczywiście potykając się po drodze.
- Nad życiem.
- Żartujesz? Myślisz nad życiem a jesteś nieśmiertelna.
- Myślę nad błędami i nad tym, że mogło być lepiej a jest coraz gorzej. Wszystko się sypie. Jeszcze demony, które się sprzeciwiły coś szykują. Szybko tego nie załatwią bo mój przyjaciel jednego poważnie uszkodził - Uśmiechnęłam się wypowiadając słowo "przyjaciel ".
- Hymm. Kim jest twój przyjaciel skoro załatwił kogoś takiego?
- Archaniołem... - Spuściłam głowę w dół.
- No to nie źle. - Poklepał mnie po ramieniu i przytulił na pocieszenie. Serce trochę mi się rozgrzało tak jak kilka dni wcześniej i znów poczułam się dobrze.
- Podobasz jej się - Walnęłam tak z nikąd.
- Co z tego. Jestem teoretycznie młodszy. A po za tym, ona mnie nie.
- Zobaczysz, jeszcze się sfatacie. - Oboje zarechotaliśmy I podeszliśmy po kawałki tortu. Był smaczny.
- Dzieci, ktoś wie co robiła paczka cukru w korytarzy? - Obracając steki na grilu spytała Samanta.
- Właśnie - Dodałam - Theo?
- Co ja?! Bo najmłodszy to gorszy?! To nie ja! Chyba...
Wszyscy zaczęli się śmiać. Po dłuższym czasie mój nadajnik zapikał. To oznacza tajne spotkanie z bratem. Zamiast mi powiedzieć bo stoi obok to wysyła do sygnały. Litości.
Poszłam we wskazane miejsce i czekałam. Zjawił się i zaczął.
- Dostałaś się już do Nieba?
- Jeszcze nie. Może jutro mi się uda. - Skłamałam. Wcale nie miałam zamiaru tego robić.
- Pamiętaj co Ci obiecałem. Jesteś zdolna, wykorzystując tego chłopca imponujesz mi.
- Tak... - Lucyfer odszedł a ja się Odwróciłam bo usłyszałam męski głos.
- Jonathan?!
- Tak demonie?!
~~~~~~~~~~~~~~~
Jest kolejny rozdział ;)
Przepraszam, że musieliście tyle czekać ale szkoła = obowiązki. Kilka kartkówek i trochę brak weny.
Podoba wam się takie zaskoczenie? Czy postać Theo wam odpowiada? Zawsze mogę Go usunąć jak chcecie.
Jeżeli macie jakieś uwagi i sugestie piszcie w komentarzach.
Informuje was również
, że możecie pisać swoje pomysły! Jeżeli, któryś spodoba się reszcie na pewno Go umieszczę.
Miłego czekania na następny rozdział!
Nicole ^~^
Czasem można było zobaczyć co dzieje się w niebie Przedziela nas odporna na wszystko szyba. Niekiedy chciałam spotkać się z matką ale nie miałam odwagi. Nie miałam odwagi by po tym wszystkich po prostu spojrzeć jej prosto w oczy. Serce mi puszczało szwy na myśl o tym. Myśli nasiąkły żalem. Jak mogłam to zrobić. Jak? Właśnie. Mogłam. Jak widać czasem potrafię zachować zimną krew i zabić najbliższych. W końcu myślałam wtedy mózgiem mordercy. Nie dawno znów się nim stałam. Pozabijałam Anielskie dzieci. To straszne ale prawdziwe. Krwią rysować znaki chcieliśmy szatańskie ale nie stykło czasu. Wyrwałam jednemu skrzydła z pleców a ono się darło w niebo głosy. Szybkim ruchem odcięłam ręce i udusiłam. Tak... Okrutnie. Ups! Malutka śmierć. Jeju. Straszne! Oni naszym my im. Życie.
- Mercy! Mercy?! Halo! Pytałam Cię o coś?! Możesz mi odpowiedzieć czy ocenę niedostateczną chcesz otrzymać?
- Słucham?! Przepraszam.. Wydawało mi się, że jest już po lekcjach... - Zdezorientowana odpowiedziałam.
- Bo jest! Budzimy się. Jesteś na dodatkowych z chemii. Odpowiesz mi na pytanie? Jest naprawdę na poziomie podstawówki...
- Może pani powtórzyć?
- Ehh... Co to jest mieszanina jednorodna i niejednorodna?
- Nie wiem - Naprawdę. Nie wiedziałam takich prostych rzeczy. Nie wiedziałam co się dzieje i chciałam wyjść z sali.
- Słucham?! Żarty sobie stroisz? Odpowiedz mi natychmiast albo wpisuje ujemne punkty. To wstyd nie wiedzieć takich informacji po tylu latach nauki. - Oburzona nauczycielka patrzyła na mnie z zażenowaniem.
Nie wytrzymałam i po prostu wybuchły we mnie wszystkie spokojne komórki. Nerwy puściły i...
- Nie uczyłam się tego okey?! Uczyłam się o niebie i piekle a nie o takich badziewnych szczegółach, które wogule mi się nie przydadzą! Ja nie mogę! Po co wogule jestem na tych dodatkowych?! Nie chciałam na nie chodzić a szkoła nie powinna naciskać na uczniów i interesować się ich prywatnym życiem a wy ciągle wypytujecie nas o coś czego nie chcemy wam kurde mówić! Jak nie rozumiecie to się dokształcić trzeba. Idźcie się leczyć na głowę... Kiedy my tu powtarzamy coś co już było to inni tracą skrzydła lub życie...
- Mercy! Jestem oburzona twoim zachowaniem.
- Przepraszam... - Wzięłam rzeczy i wyszłam z sali. Zabrałam rzeczy z szatni i poszłam do lasu. Po drodze spotkałam Jonathana.
- O czym Ty mówiłaś na chemii? - Spytał z uniesioną brwią.
- Tak się teraz ludzi wita?! O niczym. - Wkurzona przyspieszyłam Kroku.
- Ludzi? Okey przepraszam. Cześć, o co Ci chodziło na chemii? - z drwiną powiedział.
- Czy Ty coś sugerujesz? Chodziło mi o to, że nauczyciele zawracają nam za przeproszeniem dupy a wokół jest zło. Młodym ludziom ucina się skrzydła i nie potrafią sobie poradzić a inni popełniają samobójstwa. - Próbowałam wytłumaczyć to jakoś po ludzku, nie wiem czy mi uwierzył ale.. - Zaraz, zaraz. Co Ty tam robiłeś?
- Od dłuższego czasu uczęszczam na te zajęcia. Chyba nie zauważyłaś, ale trudno. Ehemm... To ciekawe. Wiesz, że zabito nam młode Anioły? I to Archanioły... Demony są podłe. - Opuścił głowę w dół.
- Skąd niby miałam to słyszeć? - Co za tupet! Ale, że oni naszych zabili to nie wspomina. Myślą tylko o sobie.
- Nie wiem. W końcu nie jesteś do końca normalną osobą?- Uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Fajnie wiedzieć. Sorry, ale muszę już iść. Mam obowiązki. Pa!
Bez oczekiwania na odpowiedź ruszyłam w kierunku domu.Szczerze mówiąc uciekłam bo byłam głodna. Miałam ochotę na dużą porcję spaghetti lub czegoś co by mnie zapchało. Głupio tak dzisiaj wyszło... Ta akcja z chemią i Jonathanem. Moje urojenia, że dzień już minął... Ehh... Jeszcze wzmianka o naszych dzieciach... Lucyferze... Schodzę na psy! Boli mnie głowa... Ledwo się ciągne do domu taszcząc za sobą torbę. Mijam bezpańskie psy i koty oraz inne zwierzęta... Meneli, dresiarzy i tak dalej. Woow! Nowość. Żaden nie spróbował mnie zgwałcić. Chyba już się mnie boją, co nie ukrywam, zadowala mnie i cieszy. Uradowana tym, że doczołgałam się do domu, Otwarłam drzwi i poczułam zapach mięsa.
- Co tak pachnie? - Na wstępie powiedziałam.
- Stejki! - Krzyknął Jack. Również był rad, że taka kolacja dzisiaj. Wszystkim ciekła ślinka. Wszystko wyglądało niesamowicie pysznie. Aż chciało się zatopić w grubym kawałku mięsa, które było pół krwiste. Do tego ziemniaki pieczone w całości z masłem czosnkowym i kolba kukurydzy. Skonsumowałam wszystko i wylizałam talerz jak dziecko. Potem poszłam do swojego pokoju i cieszyłam się smacznym posiłkiem. Poszłam spać spokojnie bo na szczęście jutro miała być sobota. Mój ulubiony dzień! Najwięcej przerażających demonów można spotkać.Kiedyś minęłam się z pierwszym mrocznym kosiarzem... Miał okropną twarz. Nie to co Kosiarz z simsów... Taką poparzaoną jakby.
***
- Auć!
- Co do... - Przebudziłam się około trzeciej w nocy. Otarłam oczy, które miałam zaspane i powolnym ruchem wstałam z łóżka. Ubrałam papcie i delikatnie Otwarłam drzwi. Drogę oświetlałam sobie telefonem.
~Trzask! ~
Usłyszałam spadające rzeczy w salonie więc Śpiesznie tam poszłam. Po drodze potknęłam się o coś. Był to..
- Cukier?! Co on do diabła tu robi?! - ~trzask!~. Znów usłyszałam ten dźwięk.
- Ała!
- Kto tu jest?! - Spytałam zakładając, że to Jonathan. Pomyliłam się. Włączyłam światło i moim oczom ukazała się twarz bardzo dobrze mi znana.
- Theo?! Co Ty tu robisz?!
- Cześć? Ehh... Miałem Cię śledzić. Lucek mi kazał.. No widzisz nawet tego nie potrafię. - Zaskoczony chłopak usiadł na sofie.
- Co tu się się dzieje?! - Wystraszony Jack schodząc po schodach z Samantą powiedział. - Theo?!
- Jack! - Obydwoje podeszli do siebie i odstawili coś w stylu powitania.
- Wy się znacie? - Spytałam zaciekawiona.
- Oczywiście! Theo był tu kiedyś. Dawno temu... Naszej Any jeszcze nie było!
- Przepraszam... Kogo? - Nie ogarniający sytuacji chłopak Spytał.
- Jezu! Nie macie kiedy dyskutować tylko w środku nocy? Spać wam się nie chce? Czy znowu kurde Lucka pobiłaś i Salomon odwala jakieś przepowiednie a mama opowiada o przeszłości? - Wogule nie przejęta obecnością Theo, Anya odłożyła kubek po kawie do zlewu.
- To jest Anya. Córeczka o, której przed Chwilą Ci mówiłem - Z satysfakcją powiedział Jack.
- Córeczka? Chyba córka. Za stara na córeczkę.
- Theo! - Zmierzyłam Go wzrokiem.
Anya odwróciła się w kierunku mojego kuzyna i wyraźnie widać było zaskoczonie i zainteresowanie osobą. Theo tylko podniósł głowę w górę i z pytającym wzrokiem powiedziała "Co?".
- Nic! Kim Ty jesteś?
- Ehh - Wstał i zaczął tłumaczyć. - jestem Theo. Kuzyn Mercy. Miałem ją śledzić ale jestem kaleką i frajerem. Strzeże bram do piekła i tyle. - Posłał mi łobuzerski uśmiech a ja przewróciłam oczami.
- Bez takich szczegółów kochany. Zostaniesz czy wracasz? - Uśmiechnięta Samanta spytała.
- Ja musze wracać.
- Przecież miałeś mnie śledzić? Ile czasu Ci dał?
- Rok.
- No to możesz zostać. Ale niestety wolisz wracać do domu... -Oparłam się o blat i westchnęłam.
- Oczywiście - Odpowiedział z sarkazmem. - Jasne, że wolę zostać ale to może być kłopot.
- No może ale chętnie Cię tu przetrzymamy! - Wesoło Walnął Jack. - Anya ustąpi Ci pokoju!
Pijąca właśnie dziewczyna na te słowa wypluła koktajl.
- Co Kurwa?!
- Anya! Wyrażaj się. - Zaskoczona Samanta ją upomniała.
- Proszę pana. Nie wypada tak chyba nie? No nie wiem jak was wychowywano ale mnie dobrze. - Wzruszył ramionami a ja zachihotałam pod nosem.
- On ma rację! Nie będę ustępować mu pokoju. - Oburzona i opluta Anya zaprotestowała.
- Mam pomysł! Ja mu oddam swój pokój i pójdę do Any. Chyba, że masz czemuś przeciwko?
- Nie to świetny pomysł! Będę mogła Cie fotografować i wogule - Ucieszyła się Anya. Zaprowadziłam Theo do pokoju a sama poszłam do swojego nowego. Poszłam spać.
***
- Malowała się, szafy miała dwie każdy wiedział, że!
Ona miała suknie kolorową, czarne getry, czapkę i bluzę sportową!
- Co znowu..... - Promyki słońca muskały moją twarz, była dziewiąta rano a gdy się ogarnęłam dostrzegłam, że to Jack śpiewał w ogrodzie. Wszyscy już tam byli oprócz mnie. Musiałam się wyspać.
Wzięłam pierwsze lepsze ciuchy z szafy czyli czarne getry, białą bluzkę na ramiączkach i szarą bluzę z napisem " Przeszłość Zginęła ".
Nie wiem co oznacza ten napis ale było chłodno. Poszłam do kuchni i zjadłam gofry, które leżały na stole. Spięłam włosy w kucyk i umyłam zęby. Sprawdziłam facebooka i SMS-y. Było ich kilka. Jeden od Any.
OD ANYA: JAK WSTANIESZ IDŹ DO OGRODU! ;).
Jak mi napisała tak też zrobiłam. Idąc mokrą od rosy trawą zauważyłam, że stoi tam więcej osób niż moja tymczasowa rodzina. Był tam Lucyfer i Salomon.
- Cześć! Co wy tu robicie?
- W głowę dostałaś? Czy morze gorzej - Odezwał się Theo. Ze swoim uśmieszkiem podszedł do mnie i szepnął.- Urodziny masz.
- Przecież nie lubię imprez. - Odparłam niezadowolona.
- Mówiłem im ale nie słuchali.
Byłam poirytowana. I nie chciało mi się patrzeć na te wszystkie ozdoby i dekoracje.
Pozostało mi tylko udawać.
- Wszystkiego najlepszego! - Krzyknęli moi opiekunowie i Anya.
- Dziękuję! Od kiedy słuchacie polskiego disco polo? - Rzuciłam głupkowato.
- Jest lepsze od naszego! Zabiorę Ciebie w podróż do gwiazd! - Kontynuował swoje "śpiewanie ". Oddaliłam się i usiadłam na huśtawce. Popatrzyłam w chmury i dostałam SMS.
OD JONATHAN :
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO :D.
Heh. Pamiętał.
DO JONATHAN. :
DZIĘKUJĘ ^~^.
Było dosyć chłodno więc skuliłam się żeby zakryć nogi. Westchnęłam i czekałam na to, by się wyrwać. Moje czekanie przerwał Theo.
- Nad czym tak myślisz? - Spytał przysiadając się do mnie i oczywiście potykając się po drodze.
- Nad życiem.
- Żartujesz? Myślisz nad życiem a jesteś nieśmiertelna.
- Myślę nad błędami i nad tym, że mogło być lepiej a jest coraz gorzej. Wszystko się sypie. Jeszcze demony, które się sprzeciwiły coś szykują. Szybko tego nie załatwią bo mój przyjaciel jednego poważnie uszkodził - Uśmiechnęłam się wypowiadając słowo "przyjaciel ".
- Hymm. Kim jest twój przyjaciel skoro załatwił kogoś takiego?
- Archaniołem... - Spuściłam głowę w dół.
- No to nie źle. - Poklepał mnie po ramieniu i przytulił na pocieszenie. Serce trochę mi się rozgrzało tak jak kilka dni wcześniej i znów poczułam się dobrze.
- Podobasz jej się - Walnęłam tak z nikąd.
- Co z tego. Jestem teoretycznie młodszy. A po za tym, ona mnie nie.
- Zobaczysz, jeszcze się sfatacie. - Oboje zarechotaliśmy I podeszliśmy po kawałki tortu. Był smaczny.
- Dzieci, ktoś wie co robiła paczka cukru w korytarzy? - Obracając steki na grilu spytała Samanta.
- Właśnie - Dodałam - Theo?
- Co ja?! Bo najmłodszy to gorszy?! To nie ja! Chyba...
Wszyscy zaczęli się śmiać. Po dłuższym czasie mój nadajnik zapikał. To oznacza tajne spotkanie z bratem. Zamiast mi powiedzieć bo stoi obok to wysyła do sygnały. Litości.
Poszłam we wskazane miejsce i czekałam. Zjawił się i zaczął.
- Dostałaś się już do Nieba?
- Jeszcze nie. Może jutro mi się uda. - Skłamałam. Wcale nie miałam zamiaru tego robić.
- Pamiętaj co Ci obiecałem. Jesteś zdolna, wykorzystując tego chłopca imponujesz mi.
- Tak... - Lucyfer odszedł a ja się Odwróciłam bo usłyszałam męski głos.
- Jonathan?!
- Tak demonie?!
~~~~~~~~~~~~~~~
Jest kolejny rozdział ;)
Przepraszam, że musieliście tyle czekać ale szkoła = obowiązki. Kilka kartkówek i trochę brak weny.
Podoba wam się takie zaskoczenie? Czy postać Theo wam odpowiada? Zawsze mogę Go usunąć jak chcecie.
Jeżeli macie jakieś uwagi i sugestie piszcie w komentarzach.
Informuje was również
, że możecie pisać swoje pomysły! Jeżeli, któryś spodoba się reszcie na pewno Go umieszczę.
Miłego czekania na następny rozdział!
Nicole ^~^
Subskrybuj:
Posty (Atom)