piątek, 20 listopada 2015

Rozdział dziewiąty.

Usiadłam razem z Any'ą na sofie przy oknie. Zachowywałyśmy się szczerze mówiąc dziwnie. Po godzinie gapienia się rodziców dziewczyny na nas, zszedł Teo. Również dziwnie się patrzył. Cholera, chyba widać, że chcemy coś zataić. Pewnie myślą co? Salomon czytając gazetę również czasem spoglądał w naszą stronę.
Robiło się nie zręcznie.
Ta chwila przerodziła się w istną mękę gdy dołączył do nas Jonathan a po chwili wpakował się do środka Lucyfer.
Anya spojrzała na mnie błagającym wzrokiem. Za pewne chciała stąd wyjść. Ale nie miałyśmy jak!  Do tego wszystkiego doszła mi myśl , że dzisiaj uwolniły się demony. Całe szczęście, że ten , którego Jonathan zdzielił jeszcze się leczy bo była by kiła ze świata. A no tak!  Kolejne planeto - wskazówki oznaczają kiedy demon się wyleczy!  Że ja na to wcześniej nie wpadłam?
- Możemy porozmawiać? - To pytanie Lucek skierował do Any'i.
- Pewnie. Wal - Stanowczo i bez problemu powiedziała Anya.
- Nie możemy na osobności?
- Po co? Tu jest dużo miejsca a po za tym nie mam przed nikim tajemnic. - Zająkała się mówiąc to zdanie ale mój brat dalej nie ogarniał o co chodzi.
- Wolałbym żeby ta rozmowa odbyła się na osobności. - Zagryzł wargo - przyssawki.
- Ta!  Żebyś zrobił jej to samo co Mercy?! W życiu nigdzie z tobą nie pójdzie. Wiesz co? Wynoś się z tego domu. Nie chcę Cię tu więcej widzieć. Nie pod moim dachem. - Zaprotestowała Samanta i słusznie. Nie będę musiała dzielić domu z czymś nie ludzkim.
- Żegnam! - Syknął obślizłym głosem i wyleciał robiąc dziurę w dachu.
- Uff- Anya westchnęła z ulgą.
- Coś się stało? - To pytanie padło z ust mojego kuzyna. Zorientował się , że nam ulżyło.
- Nie -  Odparłam niewiarygodnie.
- Aha...- Również nie do końca pewny czy mówię prawdę odpowiedział Teo.
Po całym napięciu uszła z nas presja.
Ja wróciłam do swojego pokoju i chłopaki też. Anya pozostała z rodzicami i Salomonem.

***
~ OCZAMI TEO~
Noc. Koło drugiej. Wszyscy śpią. Oprócz mnie. Szykuje się właśnie do wyjścia. Bez szelestnie wyśliznąłem się z pokoju i najciszej jak potrafiłem zamknąłem drzwi. Sprytnie Zszedłem po schodach i znajdowałem się przy drzwiach wejściowych. Ciche świętowanie triumfu i .....
- Teo? Dokąd się wybierasz?
- Pani Samanta....- Chciałem zapaść się pod ziemię- Ja? No...Wynieść śmieci przecież!
- O takiej godzinie? Coś mi się nie chcę wierzyć. Zresztą zdolniacha z Ciebie dasz sobie radę. Idź...Gdziekolwiek ruszasz. - Puściła mi oczko a ja przetarłem czoło z ulgą. Normalnie wyszedłem i Skierowałem się w stronę tego cmentarzu. Idąc spotkałem Lucyfera i kilka upadłych. Całe szczęście nikt mnie nie zaczepiał. Mróz tym razem był moim wrogiem za to wiatr sojusznikiem. Dotarłem na miejsce. Jak się tam dostać w naturalny sposób? Skrzydeł nie użyje bo ludzie zobaczą a płot O dziwo jest za wysoki do przeskoczenia. Hymm.. Co robić? Przekopać się? W tej chwili potknąłem się na bramę i była otworzona. Była otworzona!  Zabije Any'e. "Tydzień max".Agr! Dobra nie ważne. Powoli Otwarłem bramkę i wydała z siebie skrzyp. Ruszyłem na wycieczkę po miejscu spoczynku. Stanąłem trochę z daleka i zobaczyłem , że ktoś kopie grób , który był moim celem. Litości! Podeszłem swawolnie i chciałem zdzielić osobnika ale ten w momencie odwrócił się w moją stronę.
- A! - Wydała z siebie dźwięk. Był dziewczęcy, twarz zakryta była włosami co spowodowało , że nie potrafiłem rozpoznać twarzy.
- Kim jesteś? - Spytałem patrząc na dziewczynę pytającym wzrokiem.
- Teo? - Dobra, teraz już wiem kto to jest.
- Anya? Co Ty tu robisz?
- No a Ty? Ja próbuje dokopać się do Venus.
- Kiedy Ty? Jak?  What the Hell?
- Też coś potrafię. Skradać się. - Uśmiechnęła się do mnie. I zaczęła kopać dalej.
- Kopiesz rękoma?
- Gdybym wzięła łopatę byłabym  za głośno. Muszę rękami. Samo życie.
- No czekaj pomogę Ci. - Uklękłem i wziąłem się do roboty. Zapanowała nie zręczna cisza. Szło nam to wolno.
- Masakra - Westchnęła dziewczyna.
- Słuchaj. Może ja to rozpierdole? Ajć! Czasem zapominam ugryźć się w język. Przy damie nie wypada. Wybacz.
- Wy w piekle to wszyscy tacy wychowani? I każdy chłopak jest taki szarmancki? - Spytała.
- Uwierz, nie. - Stanowczo powiedziałem.
- Dobra. Rozwal to. Nie mam już siły kopać. - Odsunęła się od mogiły a ja rozwaliłem zamarzniętą ziemię powodując dziurę w ziemi. Razem z trudem wyciągliśmy trumnę na wierzch i wydobyliśmy Venus.
- Dobra wracajmy. Żeby tylko nikt nas nie zobaczył bo mam dość już skojarzeń. - Ruszyliśmy.
Znów panował nie zręczna cisza. Nienawidzę takich momentów. Czasem zerkaliśmy na siebie ale to rzadko i na krótki czas.
- Emm... Teo... Mogę Cię o coś prosić? - Spytała nie pewnie. Jakby bała się odpowiedzi.
- Jasne.
- Czy będę mogła...Ale tylko przy Lucyferze. Udawać , że Cię podrywam? Tylko żebyś wtedy udawał , że tego nie widzisz. - Szybko zapytała.
- Okey... Ale dlaczego przy Lucyferz?
- Nie mogę powiedzieć. - Spuściła głowę w dół a jej oczy wędrowały za jej butami.
- Nie naciskam.  - Nie ukrywam, ciekawi mnie to.  Ale no, nie będę nachalny. Nie wypada.
- Znaczy nie , że nie mogę ale się wstydzę...- Włożyła ręce do kieszeni i zwolniła.
- Czy ja na pewno jestem twoim znajomym? - Zapytałem bo nie mogłem wytrzymać.
- Czemu pytasz?
- Bo mam wrażenie , że za dużo mi mówisz. - Spojrzałem na nią i się uśmiechnąłem.
- Nie. Wcale tak nie uważam. Powiedziałam tak wtedy bo.... Tego nie chcę mówić. Uważam , że jesteś moim przyjacielem. W życiu kogoś takiego nie poznałam. - Zciszonym tonem odparła.
- Fajnie to słyszeć. Ale skoro jestem twoim przyjacielem to wiedz , że możesz mi powiedzieć wszystko. Nawet , że Ci się okres spóźnia - Uśmiechnąłem się a Anya zrobiła to  samo.
- Bo...Brat Mercy... Próbował mnie dwukrotnie zgwałcić....
- Co? Mówisz poważnie? Ktoś wie?
- Mercy. Dzisiaj idziemy do Salomona. Bo gdy krzyczę on mdleje. Tym się broniłam.
- Rozumiem , że się tego wstydzisz. Ale nie rozumiem czemu on zemdlał.
- Właśnie dlatego idziemy do Salomona. Ale obiecaj , że nie powiesz nikomu! Nawet Jonathanowi. Obiecaj!
- Tak jak to , że już nie będę chciał się zabić? Obiecuje. - Uśmiechnąłem się Łobuzersko.
- Dobra. Ty się teleportnij żeby nie było a ja dojdę...
- Nie zostawię Cię samej w środki lasu!  Zwariowałaś chyba?
- No dalej! Poradzę sobie. Jestem dużą dziewczynką.
- A jak znowu dorwie Cię Lucyfer? - Zaniepokoiłem się.
- Dobra. Przez Ciebie nie zasnę. Przy zakręcie do mojego domu pójdę pierwsza. Ty wejdziesz tylnymi drzwiami.
- Okey.
Po piętnastu minutach byłem już z tyłu domu. Wszedłem jak gdyby nigdy nic i poszedłem do pokoju. Krążyła mi po głowie jedna myśl - Spać. Glebłem się w kime i ani atom mnie nie ruszy. Będę spał jak zabity. Choćby świat się walił. Dobra, wtedy spanikuje znając życie.
************
~OCZAMI MERCY~
Obudziły mnie dźwięki dochodzące z korytarza. Boże! Co wy tam robicie. Jest dopiero...O! Jedynasta...Oh, trzeba się ogarnąć.
Wstałam ociężale z łóżka i Odsunęłam zasłony. Małe promyki słońca oślepiały mnie nieco. Podeszłam do szafy i wyciągłam ciuchy. Potem oczywiście udałam się do łazienki, która znajdowała się w pokoju. Umyłam zęby, uczesałam się i ubrałam. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam Teo grającego w hokeja z Jonathanem.
- Aha. Spoko. - Ziewając powiedziałam i wyminęłam ich. Zeszłam do jadalni.
- Dzień dobry śpiąca królewno! - Wesoło zapowiedział Jack.
- Tssa...Dzień dobry. - Wydobyłam z siebie resztę głosu.
- Wyspałaś się? - Zaśmiała się Samanta a ja tylko przecząco pokiwałam głową.
Zobaczyłam , że niesie mi talerz z naleśnikami. Ooo....Tego mi trzeba. Bita śmietana i owoce. Mmm...Pyszota. Zjadłam i posprzątałam po sobie po czym wypiłam kakao.
- Co tak cicho siedzisz? - Wtrącił Salomon.
- Głos straciłam - Powiedziałam zachrypniętym głosem.
- Aaa. Przechodzisz mutacje.
- Nie? To chłopcy ją mają - Klepłam się w czoło i opadłam na stół. Po chwili na dół zbiegł Teo z jakąś kartką w ręce.
- O ! Masz, nie mogłem czekać. Zdobyli...łem tę wskazówke.
- Gratuluję odwagi, i przede wszystkim głupoty! Co Ci strzeliło do głowy?
- Nie ważne. Czytaj lepiej bo zaraz głos stracisz i nic z tego nie będzie. - Usiadł na przeciwko.
- Ehh...:
" Biały dzień, a w dzień upadła karę ponieść musiała. Lecz dobra aura ją uratowała. Pomóc musi demony zgładzić i na swoim miejscu je usadzić. 
Ziemia jest matką przy kardynalskim grobie, porost rośnie, a co kryje w sobie? ".
- Dobra, to jest prostsze do zrozumienia. Nie jest nam potrzebna Anya - Prychnął Teo a Jonathan skinął głową , że się zgadza. - Musimy znaleźć nagrobek kardynała , który jest zarośnięty. Super!
- Taki grób może znajdować się wszędzie!  Nawet kurde w lesie...- Dodał Jonathan.
- Serio? Nie wiedziałam, weź. Dzięki - Klepłam Go w ramię śmiejąc się przy tym.
- No nie ma za co! - Uśmiechnął się zalotnie i wypowiedział to w sarkaźmie. Poczułam , że moje policzka na oczach wszystkich robią się purpurowe. Ale szybko moje kosmyki włosów opadają na twarz i zakrywają plamy. Odrzchrząkam.
- To może... poczekamy aż Anya wróci pomoże nam zlokalizować ten... Grób? - W końcu taki z niej geograf....He, he. - Podrapałam się po głowie i spojrzałam w sufit.
- No może. A może ogarniecie się i sami poszukacie? - Wygarnął Salomon.
- Eeee. Nie. - Wszyscy powiedzieliśmy chórem.
- A no tak.
Zbulwersowana Wstałam i uderzyłam głową w ścianę i udałam się do łazienki. Źle się czuje. Głowa boli, nie dobrze mi... Gardło drapie i takie tam objawy grypo-stanu. Choroba u osoby z piekła jest męką gorszą niż tatuaż Anioła. Super. Nie będę mogła ruszać na akcję.
Ochlapałam się zimną wodą i Wyszłam z toalety. Z powrotem znalazłam się tam, gdzie reszta. Weszłam chyba w niewłaściwym momencie bo ucichli.
- Kogo obgadywaliście? - Spytałam i poczułam kłócie w sercu z czego jękłam chwytając się za klatkę piersiową.
- Mercy?  Wszystko gra? - Zapytał Jack.
- Tak... - Zaczął mnie bardzo boleć brzuch. Masakra. Zaciskałam Powieki z bólu.
- Na pewno?! - Dodał Jonathan.
- No przecież mówię! - Wykrzyczałam. Po chwili upadłam i jeszcze gorzej się poczułam. Teo uklęknął i przyłożył i dłoń do głowy.
- Ona ma ziębiączke! - To Krzyknął Teo kierując się do Salomona.
- A, Złapała Muszczyczke. Dostałem wczoraj, ale ja tego tak nie przeżywam bo miałem już z dziesięć razy. Nic groźnego tylko będzie cierpieć - Za podał Salomon.
- Zaniosę Cię do pokoju. Odpoczniesz trochę. - Uśmiechnął  się dnie opiekuńczo kuzyn. Po czym wziął na ręce i odłożył do łóżka.
- Dzięki - Przytuliłam swojego głupiutkiego kuzyna i się pożegnałam.

~OCZAMI TEO~
- Dobra, leży. - Zadowolony z siebie Oznajmiłem.
- Dobry z Ciebie chłopak - Uśmiechnęła się do mnie Samanta. A ja gestem podziękowałem za komplement.
Po chwili do domu wparowała Zdyszana Anya.
- Maaaammmmooo! - Pociągła.
- Jezus!  CO? ! - Zachichotała Samanta.
- Tylko nie Jezus! - Zaśmiał się Jonathan.
- Sukienka!  Buty!  RATUNKU! - Usiadła na krzesło z grymasem na twarzy.
- Aaa - Odparł Jonathan. - Wy ten bal macie!
- Właśnie! - Powiedziała to rozwiązując sznurówki z buta.
- No to pochwal się, który Cię zaprosił? Tu jest taki wybór...- Zaczęła się śmiać matka Any'i a reszta zrobiła to samo.
- Nick.
- Ten Nick? Ooo. Nie tak źle. - Walnął Jonathan. - Cieszysz się?
- No jasne!  TYLKO CO JA ZAŁOŻĘ! Nic prócz spodni na mnie ładnie nie leży - Zmartwiła się.
- Ty się przynajmniej cieszysz!  U nas bale są okropne. Nikt nie może iść z kim chcę. Normalne osoby tzn. Ludzkie muszą iść z strzygami, demonami, zjawami i tak dalej.... Byłem trzy razy i już nie mam zamiaru. - Dodałem na pocieszenie.
- Ale Teo to jest ziemia! Pokażesz się w czymś w czym już byłaś i do końca liceum nie masz życia!  - Krzykła na mnie.
- Jeju no dobra! - Wycofałem się z dalszej konwersacji żeby nie wzniecać ognia. Postanowiłem słuchać co mają do powiedzenia. A więc zaczynamy przedstawienie.
- Kochanie, od wielu lat w naszej rodzinie panują tradycje, jedna z nich polega na przekazywaniu pewnej sukienki z pokolenia na pokolenie. Jest za kolana, do połowy łydek, bordowo-czerwona. Będzie Ci w niej pięknie!  Twoja matka wyglądała najlepiej z całej sali! - Zachwycił się Jack.
- Tato, ale ja nie nazywam się Samanta, Georgina Lawrence i nie mam ciemnej cery oraz lekko rudych włosów, i nie mam figury klepsydry! A po za tym, widziałam tą sukienkę i Wogule mi się nie podoba! - Syknąła zdesperowana Anya.
- Miałem się nie odzywać ale słuchać nie mogę - Przerwałem - Myślę , że Any'i będzie ładnie w sukience o kolorach pastelowych. I nie do połowy łydek ale przynajmniej zakrywającą kostki lub, co lepsze - Suknia przed kolana. Stawiam na kolor ècru, pudrowego różu albo, co kompletnie faforyzuje - Liliowy. Genialnie pasuje do jej oczu. Tyle w temacie. - Uśmiechnąłem się na koniec i zamilkłem a reszta patrzyła na mnie z podziwem.
- Zgadzam się z nim w stu procentach! - Powiedział Jonathan - Chłopaku, skąd masz taką wiedzę?
- Wiesz, tysiące lat z laskami w piekle o różnorodnych urodach wystarczą żeby zostać ekspertem - Puściłem mu oczko - A tak na marginesie, mój kolega jest projektantem mody. - Takie rzeczy upadli mają we krwi!  Ale to pominę. Nie muszą wiedzieć.
- Po prostu Cię kocham!  - Odparła Samanta - Tylko skąd ja wezmę taką suknię?! - Uderzyła mnie ścierką.
- Kochana, mam wiele zdolności. Tyle , że szarych. Ja suknie wyczaruje, Jonathan ją zafarbuje - Pstryknąłem palcami a na sylwetce dziewczyny pojawiła się sukienka , którą dokładnie przed chwilą miałem w głowie. Jonathan ruszył palcem i odzież nabrała
Koloru.
- Łał, dziękuję wam.
- Pozostaje kwestia butów. Ten Nick wysoki czy taki kurdupel jak ja? - Stanowczo powiedziałem.
- No wysoki, aż za bardzo...- Odparła Anya.
- No to szpilki, będzie mu się źle z Tobą tańczyło jak będziesz mieć baleriny. - Na stopach Any'i pojawiły się zwykłe, liliowe, połyskujące buty na wysokim obcasie, ba ! Na szpilkach.
- Oszalałeś? Ja się w tym Zabije! - Przestraszyła się dziewczyna.
- Masz czas żeby się nauczyć. Powodzenia!  - Pokazałem jej dwa kciuki w górę i poszedłem do schorowanej kuzynki.

***
Mercy czuję się dobrze,  niestety nikt nie może się do niej zbliżać bo się zarazi. Trwa to już trzy dni a my dalej nie szukamy Ziemi... Może tam jest jakaś istotna informacja? Może nie jest to wskazówka lecz normalny tekst? Który powie nam więcej niż ułożone przez kogoś "wierszyki".
Ehh.... Co ja będę robił? Mercy chora, Jonathan ma swoje sprawy a Anya będzie zajęta randkowaniem! Z Salomonem nie mogę poprowadzić zwykłej konwersacji a Jack i Samanta... To nie dla mnie. Może ja też poszukam kogoś do towarzystwa? Chociaż nie... Albo swoi, albo nikt.
Nagle jakby z nikąd usłyszałem szlochanie. Płacz dziewczyny. Wyszedłem z pokoju żeby zobaczyć kto mi moczy drzwi i ku zaskoczeniu zobaczyłem Any'e. Siedziała zgarbiona a twarz kryła w kolanach.
- Hej? Co się dzieje? - Spytałem przenikliwym głosem sześciolatka, kucając przy tym.
- N-N-Nic - Pociągnęła nosem.
- No przecież widzę! Powiesz mi...? - Złagodziłem ton.
- B-bo J-ja n-nie u-umiem chodzić na tych butach ! - Zapłakana dziewczyna podniosła głowę i spojrzała mi w oczy jakby oczekiwała zbawienia.
- Ej! Nie musisz się uczyć na nich chodzić skoro aż tak źle Ci to idzie! Niech Nick przypasuje się do Ciebie a nie Ty do niego. W końcu jesteś damą. - Uśmiechnąłem się pocieszająco, pogłaskałem Any'e po głowie i wstałem.
- Ja z nim nie chcę iść...- Powiedziała nieco ciszej.
- Dlaczego? Ponoć bardzo fajny chłopak.
- Ponoć. - Powtórzyła ironicznie a ja
Spojrzałem pytająco - Nie ważne....
Nie diciekając do sedna sprawy zszedłem na dół gdzie rozpoczynał się posiłek. Danie jednogarnkowe - Gulasz warzywny.
Trwała kłótnia , że sami chłopi przy stole a tu taki biedny obiad. Samanta jednak skierowała się z prośbą do mężczyzn , żeby się uspokoili bo damy też czasem muszą zjeść coś, co odpowiada jej tali bądź diecie. Zszokowany sprawą usiadłem do stołu i nawet nie pisnąłem słówkiem.
Jonathan siedzący na przeciwko spojrzał na mnie żenująco po czym wstał i dosunął hałaśliwie krzesło żeby ludzie w tym pomieszczeniu trochę się ogarnęli.
- Jonathan! Zjadłeś chociaż? - Szybko spytała Samanta.
- Pani wybaczy. Nie jestem głodny. - Po wypowiedzeniu tych słów udał się na górę. Kobieta tylko stała wgapiona w odchodzącego chłopaka.

~OCZAMI MERCY~
Choroba jest naprawdę upierdliwa i nie daje mi spokoju. Ehh... Możemy leczyć rany, ale chorób i spraw sercowych nie. To głupie. Tak samo jak chemia.
Jest mi strasznie gorąco ale muszę leżeć przykryta kołdrą aby się wypocić chociaż już jestem spocona. Mam straszny kaszel i katar. Kłócie w sercu, chrype i zawroty głowy. Do tego wszystkiego dochodzi ból głowy i inne uboczne objawy. Dobrze , że nie zbiera mnie na wymioty. Usłyszałam pukanie do drzwi.
-P-proszę...- Wymamrotałam.
Chłopak otworzył drzwi i pobladł.
- Jeju, serio z Tobą źle. Opóźnia nas twoja choroba - Stwierdził. Włożył ręce do kieszeni w spodniach i oparł się o ścianę.
- Dzięki za pocieszenie - Odparłam ironicznie na co on uśmiechnął się również z ironią. - Idźcie beze mnie.
- Żartujesz? We dwójkę nie damy rady!
- A Anya?
- Przecież ona nie potrafi walczyć. Jak nas coś zaatakuje? Nie...- Prychnął i spojrzał w dół. W takiej pozycji wyglądał bardzo dobrze. Wręcz przystojnie. Zaczynam postrzegać chłopaków jako mężczyzn a nie słodkich lalusiów.
- No fakt. Sorry, nie czuję się najlepiej.
- Zauważyłem - Zaśmiał się - Mógłbym Ci pomóc. - Szczerze powiedział.
- To pomóż... - Skrzywiłam się i zakryłam bardziej.
- Mógłbym, nie znaczy , że mogę. Moja pomoc jest nie korzysta i nie stosowna. Dlatego zastosuje ją dopiero w nagłym przypadku - Póścił mi oczko.
- Nie mam pojęcia o czym nadajesz. - Eee.... Co? - Lepiej idź bo się zarazisz.
- Wyrzucasz mnie? Hej! Jestem odporny! Na wszystko!  - Zadeklarował.
- Na miłość też?
- Też. - Powiedział i wyszedł jak gdyby nigdy nic.

**************************
No cześć kochani! Witam was po długiej przerwie - brak weny.
Rozdział jak zwykle powikłany. Misz-masz. 

             Nicole♥