środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział trzeci.

Usłyszałam dźwięk budzika. Już wiedziałam, że codzienna proza normalnego człowieka... Czeka mnie. Lecz jest jakaś nadzieja. Ostatnio wszystko co moje związane z nadzieją... Ehh.. Nie wiedziałam jak się ubrać.. Zasięgłam rady Any. Przyszła chętnie i gotowa do działania także nie miałam się czym martwić co do ubioru. Jeansy, wyższe botki. Biała bluzka i skórzana kurtka. Do tego torba i włosy rozpuszczone. Moja ulubiona fryzura. Anya musiała już iść bo miała na wcześniejszą godzinę i zostawiła mnie samą na pastwę miliony pytań Jacka. Ogarnęłam się i zeszłam na dół do jadalni. Nie minął mnie pytający i czuły wzrok Samanty. Gdy chwytałam już za klamkę poczułam na ramieniu dłoń. Odwróciłam się i nie pomyliłam się. Był to Jack.
- No co? Mam się spowiadać co będę robić?
- Nie, chcę żebyś uważała! I nie tylko to. Nie zawieraj znajomości z jakimiś divami. - Zaśmiał się.
- Oh!  Co ja filmów nie oglądam?  Wiem co jest grane w szkołach.. Proszę was.. - Uśmiechnęłam się i na pożegnanie pocałowałam opiekunów w policzek.
Dzisiaj chłodny dzień więc mój strój niczym się nie wyróżniał, ale za to postawa tak. Wszyscy przymuleni i mało energiczni szli jakby na wyrok. Ja ze słuchawkami radośnie maszerowałam i niczym się nie przejmowałam. Zapomniałam o fizyce ale to jakoś ujdzie. Nie każdy chyba jest taki dobry? Ja umiem na 4 i to już coś za jeden dzień!  Dobra.. W wykonaniu kogoś z nadprzyrodzonymi mocami niezbyt. Ale to tylko drobne szczegóły. Gdy już dochodziłam do mojej nowej "budy " zdęłam słuchawki i z wrażenia lekko Otwarłam usta. Oczom nie wierzę! Szkoła jak ze snów. Z stolikami na lunch przed wejściem i poidełkiem. Ale gdy weszłam do środki nic mnie nie zaskoczyło. Wygląd rodem z amerykańskiego filmu o zakochanych nastolatkach ze szkołą w tle. Podeszłam do kartki z nowymi uczniami i zobaczyłam, że jestem w klasie C!  Jej. Zawsze w niej byłam i mega się ucieszyłam. Moja pierwsza lekcja to historia. Dzień poprawił się jeszcze bardziej! Zadzwonił dzownek a ja czekałam pod drzwiami klasy aż nauczyciel po mnie wyjdzie. Po dłuższym czasie Otwarły się drzwi a on zmęczony powiedział: Wejdź.
Jak nakazał tak zrobiłam.
- Klaso!  Powitajcie ciepło nową uczennice!  Mercy Daredevil! Usiądź tam, za Jonathanem.
- Dobrze - Cicho powiedziałam i poszłam na miejsce. Oglądałam się za siebie i jedna osoba miałam specyficzne spojrzenie. Spojrzenie Ducha Świętego. Poczułam straszny ból głowy. I ledwo usiadłam. Ból trwał dopóki nauczyciel nie kazał odwrócić się duchowi. Ja odparłam z ulgą i spokojnie się rozpakowywałam.
- Świetne nazwisko. - Powiedział chłopaka z ławki przede mną.
- Tak. Znamy się?
- Nie. Ale jestem pierwszą osobą, która się do Ciebie odezwała. I raczej ostatnią.
- Słucham?  Ty coś sugerujesz?  Nie lubię takich typów.
- A ja takich ja Ty - Odwrócił się z powrotem do tablicy.
Lekcja zleciała a ja usiadłam na schodach i kontynuowałam czytanie fizyki. Jest nawet skomplikowana. Znów poczułam ten ból. Znów się na mnie gapi!  Wstałam, podeszłam do niego i stanęłam na przeciw.
- Nie wiesz z kim zadzierasz istoto z wymiaru N!
- Z czarnym Aniołem złotko.
- Tak się składa, że z Upadłym. Do łazienki! - Chwyciłam wroga za kołnierz i zaciągłam do WC.
- Walczyć umiesz? - Spytał.
- Jasne! - Wyciągłam miecz i szybkim ruchem odcięłam mu głowę. Poszło jak składka. Miałam na koncie pierwszą niebiańską osobę. Teraz muszę tylko ukryć ciało. Z resztą.. Samo odpłynie do Nieba.
Wyszłam z łazienki jak gdyby nigdy nic i wróciłam na swoje miejsce. Super!  Pierwszy dzień i już kogoś zabiłam. Nie dawno co myślałam, że to jest złe i brzydziłam się sobą. Druga lekcja była z naszym wychowawcą. Wpadł wprost na genialny pomysł. Marzyłam o tym...
- O!  Mercy już jesteś!  Panie Andersenn. Oprowadź koleżankę po szkole. Zwolnienie z lekcji - Uśmiechał się gruby w brylach.
- Oczywiście. Z miłą chęcią - Odpowiedział sarkastycznie.
Wstałam i wyszłam z klasy za nim.
- Mam pomysł. Możemy sobie gdzieś pójść i poudajemy, że mnie oprowadzałeś!
- Nie znasz pana Tomasa. Wypytuje wszystkich o wszystko.
Czemu zaprzeczył mojemu pomysłowi?  Przecież nie przypadliśmy sobie do gustu?
- Słuchaj!  Ty chcesz to zrobić?
- Jasne, że nie! -
Oburzył się nieco.
- To po co mam za Tobą łazić? I tak Cię nie będę słuchała!
- Bo musisz!  Próbuje Ci pomóc. - Nachylił się nade mną bo muszę przyznać, że jest wysoki.
- Pomóc?  W jaki sposób? - Odsunęłam się.
- Zrobię Ci teraz wykład bo sama tego chciałaś!  Słuchaj, w tej szkole jest inaczej! Nie cieszę się, że padło na mnie i wogule mnie to dziwi! Jeżeli potem będziesz błądzić po szkole i pytać będą mieli Cię za idiotkę za Przeproszeniem! Muszę też wyjaśnić Ci jakie klasy są od czego!
- Tyle, że ja to wiem.. - Cicho wymamrotałam..
- Co?
- Nie, nic idźmy dalej.
Po dwóch godzinach nudnych zwiedzin szkoły były lekcje. Po lekcjach dom. Wzięłam swoje rzeczy i ze skwaszoną miną, wolno szłam do domu.
Nie poznałam nikogo miłego. Znaczy.. Jonathan był nawet. Ale czuję, że mi nie spasował.
Zaczęło pokrapywać więc przyspieszyłam krok. Kilka minut i już byłam na miejscu. Weszłam do sieni i Samanta podała mi gorąca czekoladę i koc. Ściągłam mokrą kurtkę i buty i usiadłam w fotelu. Grzejąc się myślałam o dzisiejszym zdarzeniu w szkolnym kiblu. Wpatrzona w świeczkę, która stała na stole odtwarzałam sobie moment ucięcia głowy . Podszedł do mnie Jack.
- Jak było?
- Koszmarnie!  Wszyscy jacyś dziwni i każdy nauczyciel przynudza. Spotkało mnie dużo obraźliwych tekstów.
- Eh.. Tak to jest, poradzisz sobie - delikatnie Poklepał mnie po ramieniu a ja ukoiłam nerwy.
Po kilku minutach byłam już sucha i przestało padać. Samanta poprosiła mnie bym poszła do sklepu po cukier. Ubrałam się i wyszłam z domu. Nikogo w pobliżu nie było więc mogłam spokojnie użyć skrzydeł. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Po dotarciu na miejsce,
wylądowałam w niewidocznym miejscu i weszłam do sklepu. Kupiłam ten cholerny cukier i kierowałam się do domu. Gdy byłam już w połowie drogi zobaczyłam coś niepokojącego. Cukier spadł mi na ziemię a ja lekko odskoczyłam. Ludzie tego nie widzieli ale ja tak. Stały przede mną trzy demony, które się sprzeciwiły. Byłam w kropce. Nie mogłam użyć mocy bo by się zorientowali co jest grane. To był mój koniec. Ale co jest?  Ktoś jednemu wbił miecz w serce... Drugiemu skręcił kark. Trzeci był najsilniejszy. I chwilowo Zamarł.. Moim oczom ukazał się Anioł. Piękne, rozłożyste białe skrzydła a w ręku złota włócznia. Odwrócił się w moją stronę i jeszcze bardziej nie mogłam uwierzyć. Był to Jonathan.
- Uciekaj! Nie stój tak!  Uciekaj! - Wrzeszczał. Posłuchałam Go, byłam kompletnie zdezorientowana. Zdyszana wróciłam do domu i szybko Zamknęłam drzwi. To wszystko działo się tak szybko. Wszyscy Podbiegli do mnie i zadawali mnóstwo pytań na, które nie umiałam odpowiedzieć. Ocknęłam się z nieprzytomności i czekałam ma ich reakcję. Jack zaprowadził mnie do mojego pokoju i usiadł obok mnie.
- Co się stało? Dlaczego jesteś osłabiona? - Widać było, że się martwi.
- Trójca... Sprzeciwionych.. - Nie zdołałam więcej powiedzieć. Odpłynęłam.



Sen 

Widzę małą dziewczynkę... To ja!  Bawię się w ogrodzie z moim tatą. Jest pogodnie i słonecznie. Nagle niebo robi się szare a tata znika. Nigdy nie wiedziałam co się z nim stało i gdzie jest pochowany. 
Potem silna jak nigdy idę korytarzem. Jest cięcie i widzę nagrobek a na nim napis: " Dave Ebrue ". Przypominam sobie, że to przyjaciel mojego taty... Widzę kartkę, palącą się kartkę i ostatnie słowa :" Mercy!  Kryształ Przełamania. Mogiła - informacje. Demony coś planują... 


Momentalnie się budzę. Cała spocona i Zdyszana. Wokół mnie, Samanta, Anya, Jack i Salomon?
- Muszę iść na cmentarz! - Krzyczę.
- W takim stanie?  Po co?! - Pyta zatroskany Jack.
- Zwłoki Dave'a... Trzy Demony się wydostały! Chcą Kamienia!
- Na litość Lucka!  Co do diabła?!  Skąd wiesz? - Zdenerwowany Salomon pytał.
- Miałam sen! Proroczy...
Sprawy się lubią komplikować. To właśnie jedna z nich.
- Lucyfer musiał Ci go zesłać. Ale to trzeba na spokojnie. Jakim cudem Wróciłaś skoro napotkałaś trójce?
- Anioł mnie uratował.
- Anioł? - Powiedzieli równocześnie Jack i Salomon. Byli zdziwieni.
- W tym mieście nie ma żadnego Anioła. - Kontynuował Jack.
- No to Archanioł. - Powiedziałam spokojnym głosem.
- Co on z nimi zrobił?!
- Jednemu skręcił kark A drugiemu wbił w serce włócznie . Trzeci żyje.
- Tamte też będę żyć!  Muszą się zregenerować. Odkrywanie tajemnicy twojego snu może poczekać. Demony odnawiają się około trzech do pięciu miesięcy. Znasz tego archanioła?
- Tak, jestem z nim w klasie. Jonathan Andersenn.
- O mój Lucku.. - Salomon jakby zasłabł.
- Coś nie tak?
- Emm... To jeden z tych, których Bóg niesamowicie kocha. I trzyma u boku. Ale nie powie mu, że jesteś z piekła. Teraz masz szansę na zdobycie jego zaufania. Wpuści Cię do Nieba a wtedy Ty je zniszczysz. - Zadowolony Salomon mówił. Za jego plecami płakała Samanta, Jack patrzył na mnie z żalem a Anya kręciła głową. Co miałam odmówić?  Nie mogłam.
- Niestety w sumie to nie jest dobry pomysł, aby w pełni zniszczyć niebo. Ludzie zostaną wtedy z niczym - Oznajmił Jack. Wiedziałam, że ma rację ale nie mogłam zawieść mojego pana.
Po całym zamieszaniu poszłam spać. Bałam się jutra.

***
Szłam spokojnie korytarzem szkolnym z nadzieją, że mnie nikt nie zaczepi ale moje myśli były mylne. Poczułam dłoń na moim nadgarstku. Był to Jonathan i zaciągnął mnie do Kantora.
- To co wczoraj widziałaś... Słuchaj jestem Aniołem takim wyższym. I możesz przeżywać masakrę emocjonalną ale to prawda. Wierzysz mi?  Masz dar bo widzisz zjawiska paranormalne i teraz musisz trzymać się mnie.
- Spoko. - Zadowolona powiedziałam. To był pierwszy krok do Przodu.
- Wogule nie zaszokowana?
- Czytałam gdzieś o aniołach. - Próbowałam wyprostować sytuacje.
- Aha. Dlaczego masz rękawiczkę? - Kurde. Mam znak piekieł i musiałam Go zakryć.
- Bo się tnę.
- Pokaż, wyleczę - Wziął moją dłoń.
- Nie! - Szybko mu ją Wyrwałam - Nie lubię jeśli ktoś mnie dotyka.
- Dobra rozumiem. Chodź na lekcję, po szkole pogadamy.
Mijały godziny, mijał czas. Szukałam wytłumaczenia na każde jego pytanie, które może mi zadać i nie interesowała mnie żadna lekcja. Gdy wreszcie usłyszałam dzownek szybko wybiegłam przed szkołę i czekałam na Jonathana. Po kilku chwilach się zjawił.
- Dobra. Najpierw powiedz mi co o mnie wiesz.
- Wszystko - Patrzyłam w dal.
- Jak To?
- Wszystko co powinnam. Czyli, że masz skrzydła, moce i możesz czytać w myślach i te podstawowe rzeczy. - Ruszyłam  w drogę, on za mną.
- W twoich nie mogę. Wiem, że wszystko może Ci się wydawać dziwne przez to zdarzenie. Nie bez powodu na Ciebie trafiłem. Coś za tym stoi - Lekko się uśmiechnął.
- Znaczy.. W domu miałam moment Przełamania i prawie bym się wygadała bo dziwnie się czułam ale tego nie zrobiłam. Ludzie to osoby, które lubią wchodzić do dupy i by Cię znaleźli.
- Ehh.. Reakcja typowego człowieka.
Co?  Nie!  Nie chcę żeby mnie miał za typowego człowieka!  Bo nim nie jestem. Jestem z piekła! Prawie bym mu powiedziała ale był jakiś wybuch, który totalnie mnie ogłuszył i chłopak stojący przed chwilą na przeciwko właśnie opierał się  nade mną nad ziemią.
- Nasze drugie spotkanie a już romantyczne chwile mamy za sobą - Puścił się jedną ręką i Momentalnie leżał obok.
- Szczery jesteś - Dysząc powiedziałam.
- Czasami aż do bólu - Wstał i podał mi rękę bym mogła zrobić to samo. - Powiedz mi jedno. Wiedziałaś o tym, że masz dar?
- Nigdy. - Po tych słowach dostałam SMS-a. Był on od Any.
 " Wracaj szybko. Lucyfer tu jest. "
- Cholera!
- Mercy?  Wszystko w porządku? Jaki Lucyfer? - Dojrzał kawałek mojej wiadomości.
- Mój pies obronny. Nazywa się tak bo daje piekielne znaki, że może Cię zagryźć. I po prostu jest jak demon.
- Aha.
- Ty mówisz aha. Ja słyszę: Super, nie obchodzi mnie to.
- Już nigdy więcej nie powiem aha - Zaśmiał się. A ja Śpiesznie wracałam do domu.
- Muszę iść!
- Czekaj! Proszę!
Zatrzymałam się bo w jego głosie było coś, co nie pozwalało mi biec dalej.
- Co?!
- Nie powiedziałem Ci czegoś jeszcze.
- Dużo masz jeszcze tajemnic? Streszczaj się! - Sama nie byłam taka szczera ale to wina tego, że musiałam zniszczyć jego dom. I rodzinę..
- Tak naprawdę na wasze, ludzkie lata mam 19...
- Żartujesz? - Co! Lucyfer, on rżnie głupa czy co? - Jakim cudem się tu uczysz?
- Anielskie sztuczki. Leć, skoro to takie ważne. - Odwrócił się i znikł a ja zrobiłam to samo. Pojawiłam się przed drzwiami mojego domu i usłyszałam krzyki. Krzyk Jacka, Samanty i Lucyfera. Bałam się tam wejść.Gdy sytuacja trochę się opanowała weszłam jak gdyby, nigdy nic.
- Mercy! Musimy porozmawiać! I to poważnie! - Był bardzo zdenerwowany. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Zrobiłam coś źle?
- To dziecko! - Wrzasnął Jack.
- Już nie. - Chwycił mnie mocno za ramię i zaprowadził do mojego pokoju. - Idziemy! Sami!
Zamknął drzwi i zaczął swoją gadkę , co ja to robię źle i takie tam. W końcu przeszedł do rzeczy.
- Pytam ostatni raz! Kochasz Go?! - Uderzył pięścią w stół.
- Nie! Jakbym mogła zakochać się w jeden dzień! Zwariowałeś?
- Musi być coś nie tak skoro demony się odezwały! Musi! To jest przez Ciebie, i Ty to odkręcisz!
Będziesz musiała zabić kilka osób. W prawdzie niewinnych ale no cóż. - Zachichotał. Byłam oburzona jego zachowanie i miałam ochotę wyrwać mu ten ogon! Wszystkie jego pazury i zmasakrować obślizłą twarz tego czegoś!
- Myślisz ,że ja tego chcę?! To się grubo mylisz! Będę robiła co będę chciała a nie to, co jakaś pokraka mi karze! - Ups! Chyba powiedziałam coś źle..
- Jak mnie nazwałaś? Śmiesz się sprzeciwiać? - Podniósł mnie w górę za gardło. Nie mogłam oddychać. On chyba serio jest moim ojcem, to co się ze mną działo ... Było nie do wytłumaczenia. Moje oczy.. Białe jak chmury. Stałam się demoniczną suką za przeproszeniem. Nie kontrolowałam tego a Salomon w końcu otwarł drzwi. Stał i oczom nie wierzył. W sumie , ja sobie też. Teraz rolę się odwróciły. On klęczał a ja trzymałam jego szyję.
- Błagaj o wybaczenie! Śmieciu! Błagaj! - Krzyczałam głosem, którego nie znałam. Po chwili się uspokoiłam i moje ciało wróciło do normy. Lucyfer przerażony dalej klęczał a wszyscy inni patrzyli na mnie wzrokiem potworów.
- Uczeń przerósł mistrza - Jak zawsze spokojny Salomon oznajmił.
- Co to było do cholery?!
- Jack... Ja nie wiem! - Wszyscy dawali mnóstwo pytań!  Nie wiedziałam co zrobić! Gdy oni skakali sobie do gardeł ja z płaczem wyleciałam przez okno. Chciałam wrócić do domu. Do piekła. Na ziemi mam za dużo problemów. Moi opiekunowie myślą o mnie nie wiadomo co, jedyna osoba, którą najbardziej lubię - Anya pewnie też. Do Jonathana nie mogę polecieć i mu się zwierzyć bo by mnie na miejscu zabił. Co ja mam robić?  Odebrać sobie życie?  Jeszcze te trzy demony... Nie mam z nimi szans, nie sama! Chcę się cofnąć w czasie i wszystko odwrócić. Jak będę ukrywała prawdę przed innymi gdy dostanę takiego ataku jak dziś?  Nie nam z kim porozmawiać... Nie chcę tak żyć. Mogłam być normalną osobą. Nie żyła bym w tej chwili i wszystko byłoby super. Ale oczywiście moja naiwność jest ode mnie silniejsza i w tym problem. Ciekawe co sobie myśli Jonathan... Nie jest głupi. Szybko złapie o co chodzi. Tym gorzej dla mnie.

~ Oczami Jacka ~
- Nie byłoby takich problemów gdybyś kilkaset lat temu nie zgwałcił jej matki! To wyłącznie twoja wina. Przyjąłeś ją bo wiedziałeś!
- Nie masz o nas pojęcia Jack!  Jesteś zwykłym śmiertelnikiem!
- Ty za to nie odróżniasz jawy od rzeczywistości - Zdenerwowana Samanta Wtrąciła.
- Co?!
- Właśnie!  Ciągle to pytanie. Gdybyś miał choć trochę jej genów, wiedziałbyś, że czasem śpisz gdy rozmawiasz z Tracy.
- Czyli nie jestem ojcem Mercy? - Zszokowany powiedział.
- Gorzej. Jesteś jej bratem! - Po tych słowach dosłownie nie ogarniam co tu się dzieje. Jakaś Tracy, Lucek bratem Mercy... Kim do cholery jest Anya?  Lub moja żona?
- Jakim cudem? - Spytałem zakładając, że wszystko się wyjaśni.
- A takim!  Matka naszej małej nie była wcale zwykłym człowiekiem. Najpierw była żoną poprzedniego Lucyfera. I urodziła Ciebie. Potem stała się Aniołem.
- Czekaj, czekaj. Jonathan chyba nie jest bratem Mercy?
- Nie przedstawiam wam prawdy z Darów Anioła. Nie jest jego matką.
- Dobra mów dalej - Zastygły Salomon wydał z siebie głos.
- Stała się Aniołem ale miłość między nią a twoim ojcem była niezmienna. W pewną noc przespali się razem. Dwa miesiące później znalazła innego. Ziemianina i boskim cudem jego nasienie wmieszało się w płód. Gdy Bóg dowiedział się o Tym , odebrał moc Hany, bo tak naprawdę miała na imię. Mercy stała się kimś. Nie wiemy dokładnie kim ale jedno jest pewne. Nie jest tylko osobą z piekła.

~ Oczami Jonathana ~
Ona się dzisiaj dziwnie zachowywała. Co z nią jest nie tak?  Lucyfer?  Jak można tak nazwać psa?  Ta rękawiczka... Nie wydaje mi się żeby ona mogła się ciąć. Nie mogę czytać jej w myślach. Przez ten dar? Ona coś ukrywa.

~ Powrót do Mercy ~
Szybowanie uspokaja. Ten wiatr we włosach. Do tego już jest ciemno i lata się o piekło lepiej. Nikt nie przeszkadza i nie robi zdjęć, które lądują później w telewizji i wymyślają jakieś dziwne rzeczy typu człowiek ćma czy Chupacabra. Wylądowałam na skraju lasu i usiadłam na wielkim kamieniu. Otarłam łzę i przypomniałam sobie co mówiłam gdy chciałam dostać się do piekła. Kim ja wtedy byłam?  Zabiłam mnóstwo ludzi. Zabiłam matkę. Tata ponoć umarł ale nie jestem pewna. Nie mogę Go zlokalizować.
Patrzyłam na drogę i czekałam aż zrobi się jasno. Koło trzeciej  zaczęły jeździć samochody, skutery i ciężarówki. Jeden z nich się zatrzymał. Gościu w czarnym aucie z zaciemnionymi szybami. Otwarł drzwi i patrzył na mnie.
- No cześć, dowieźć Cię do domu? - Spytał i uśmiechał się wystawiając zęby.
- Nie dziękuję.
- No wsiadaj. Obiecuję, że z mojego domu pojedziemy prosto do twojego.
- Głuchy jesteś?!  Nie!
- Wsiadaj! - Wyszedł z auta i podszedł do mnie. Chwyciłam Go za palec i złamałam. Tak by kość mu wystawała.
- Radzę panu posłuchać psycho-rapu. Na przykład Słoń - Ania. Wtedy będziesz sadysto wiedział, że lepiej nie gwałcić dzieci , a tym bardziej nastolatek, które potem są w niechcianej ciąży. Spływaj, albo będzie z Tobą źle. - Jeszcze tylko lewy sierpowy i odjechał. Ja ruszyłam do domu.  Miałam nadzieję, że sytuacja się ustabilizowała i nie będzie żadnych krzyków.
Dzisiaj szkoła. Muszę się wyspać. Reszta na pewno się o mnie martwi.

*************

Rozdział taki pomieszany i można się pogubić wiem, ale nie hejtujcie mnie za to €: Miałam taką koncepcję żeby się tak namieszało. 
Pozdrawiam 
                                      Nicol <3 



4 komentarze:

  1. No namieszane nie źle 0.0 Nie pogubiłam się ale trochę będzie smutno jak Jonathan odkryję prawdę o Mercy. Bo jak ze soba będę to ;/ Rozwaliło mnie to xDD : Nie mówie wam prawdy z Darów Anioła. - Rozwaliło system :D Albo : Zaczynam nic nie ogarniać. Kim do cholery jest ANya, albo moja żona?! Czy jakoś tak. Albo ta końcówka z pedogilem :') I Salomon najlepszy. Zrób jego postać w postaciach xDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Emm. Dlaczego sugerujesz , że oni ze sobą będą? Jak mam zrobić postać Salomona skoro to demon i nie przypomina człowieka? Pomyśl trochę, ale dzięki za opinię :)

      Usuń
  2. Żeby takie rzeczy działy się podczas zwykłego wyjścia po cukier ;)
    Normalnie jakiś 'zmierzch' z tym czytaniem w myślach. Świetna fabuła. Czekam na next.

    OdpowiedzUsuń